wtorek, 20 sierpnia 2013

Don't worry, be happy - Silver Linings Playbook


Co będę owijał w bawełnę. Zazwyczaj, nie oglądam zażarcie komediodramatów, a do kina staram się chodzić tylko na naprawdę wartościowe filmy. Czy można takowym nazwać ten? Cóż, jestem… pozytywny.

Film Davida O. Russela (swoją drogą, nie zasłynął wcześniej w komediodramatach, wyreżyserował między innymi Fightera z Mark Wahlbergiem i Christianem Balem) opowiada o młodym mężczyźnie imieniem Patrick, który przyłapując swoją żonę na zdradzie, prawie zabija jej kochanka, przeżywa traumę i tym samym trafia do szpitala psychiatrycznego.

Gdy wreszcie układa sobie wszystko w głowie i doktor uznaje, iż czuje się względnie lepiej może wreszcie wyjść z psychiatryka i wrócić do domu. Przy układaniu swojego nowego życia rzutuje mu prosty cel: odzyskać swoją żonę Nikki, do której to, ma zakaz zbliżania. Zaczyna systematycznie biegać, czytać i oczywiście wciąż regularnie chodzi na terapię. Podczas niezbyt szczęśliwej kolacji u kumpla spotyka Tiffany (w tej roli zobaczymy Jennifer Lawrence, niektórzy mogą kojarzyć ją z roli Mystique w najnowszych X-Menach czy Igrzyskach Śmierci), która jest równie szurnięta (jeśli nie bardziej) jak on sam.



Mamy zatem załamanego głównego bohatera, depresję, łykanie tabletek, kłótnie rodzinne, wahania nastrojów, czyli ogółem niezbyt szczęśliwe skutki choroby psychicznej i raczej małą chęć zawierania nowych znajomości. Jak na złość Pata cały czas napastuje Tiffany, która usilnie szuka sobie przyjaciela.

Nie zamierzam się tu o wątku romantycznym nazbyt rozpisywać, ale wiedzcie, że jest poprowadzony nad wyraz dobrze (powiedziałbym nawet, że o wiele lepiej niż w nie jednym filmie skupionym głównie na miłostkach głównego bohatera), potrafi rozbawić jak i zasmucić. Spodobało mi się także to, że nie był on tak nachalny i głupawy jak w niektórych kasowych filmach (często wygląda to mniej więcej tak: bohater znajduje dziewczynę, znają się kilka dni, pocałunek, koniec filmu), a był przede wszystkim wiarygodny.

Dodany obrazek

Początkowo zachowujący dystans bohater w końcu zaczyna rozumieć (z małą pomocą psychologa), że jego jedyną drogą do Nikki jest właśnie szurnięta znajoma, która po śmierci męża także została wylana z pracy (nie powiem wam za co, sami zobaczycie…). Postanawia napisać dla byłej żony list i przekazać go właśnie Tiffany. Tyle tylko, że ona też dobry wujek nie jest i żąda czegoś w zamian. W tym wypadku, partnera do tańca.

Ten film ma takie coś, iż mimo że kolejne sceny bywają przewidywalne, a zakończenie też niespodzianką nie jest, ogląda się go z zaciekawieniem. Na pewno sporą cegiełkę dokłada do tego dobra obsada i ponowne wystąpienie duetu Bradley Cooper i Robert De Niro (wcześniej grali razem w filmie Jestem Bogiem, swoją drogą polecam obejrzeć) jak i wspomniana już Jennifer Lawrence czy Jacki Weaver (ja pamiętam ją głównie z filmu Królestwo zwierząt).


Szczerze mówiąc zdziwił mnie trochę wybór do głównej roli aktora znanego widzom pewnie głównie z obu części Kac Vegas, ale moje obawy jak się okazało były bezpodstawne. Gra aktorska jest po prostu wyśmienita, główne i drugoplanowe postacie grają świetnie i są bardzo wiarygodne. Bradley niejednokrotnie potrafi rozśmieszyć swoją szczerością (do bólu), ale sceny napadów szału czy smutku, również wypadły znakomicie (chociaż trochę ich mało).

Ponarzekałbym tutaj trochę na bohaterów z trzeciego planu. Niestety, dosyć wyraźnie odstają od reszty. Z drugiej strony, nie jest to całkowicie wina aktorów, bo o ile reżyser potrafi nam dobrze przedstawić rodziców głównego bohatera, to jego przyjaciół, znajomych czy rodzeństwa, już niekoniecznie. Nie dość, iż wchodzą one na ekran zdecydowanie za późno to niespecjalnie czuć żeby bohatera coś z nimi łączyło. To niestety dość spory minus, postacie poboczne zdecydowanie można było wykorzystać lepiej.


Nie muszę chyba mówić, że nad całym filmem cały czas wisi widmo ostatecznej konfrontacji byłej żony Pata, jak i jego samego. Cóż, wątek miał potencjał żeby zakończyć film mocną woltą, ale chyba reżyser nie bardzo miał pomysł jak to wykorzystać. Niby mamy to spotkanie po latach, ale uwierzcie raczej nie będziecie tym usatysfakcjonowani. W każdym bądź razie ja nie byłem, a film miał predyspozycję, aby także tą rzecz rozwiązać dużo lepiej. Szkoda, że tak mało dowiadujemy się o przeszłości Patricka (na sequel raczej bym nie liczył).

Moglibyśmy przecież zobaczyć jak jego małżeństwo pomału się rozpadało doprowadzając w końcu do tragicznego końca. Na pewno jeszcze bardziej ułatwiłoby to zżycie się z głównym bohaterem filmu i dużo wniosło. Muszę za to przyznać, iż bohaterów łatwo polubić, bo jak wcześniej pisałem, są bardzo wiarygodni. 

Dodany obrazek

Film nieraz wywołuje w widzu empatię, może nawet lekkie wzruszenie, czyli dość dobrze działa na nasze emocje. Bez wątpienia jest to też jeden z jego największych atutów. Nie tylko sprawia przyjemność z oglądania i działa na uczucia, ale równie umiejętnie potrafi wprawić w refleksję. Patrick nie raz zarzuci jakąś złotą myślą, a fabuła skupia się w równym stopniu na przyjaźni Patricka i Tiffany, jak i byciu pozytywnie nastawionym do życia.

Cóż dochodzimy wreszcie do zwieńczenia, które jest… takie sobie. Przede wszystkim jest maksymalnie przewidywalne. Nie chcę zdradzać zbyt dużo, ale za bardzo nie ma czego. Sądziłem, że scenarzyści przywalą na koniec z całą mocą, przez co film będę pamiętał latami. Tak się nie stało i dostaliśmy typowe, przewidywalne zakończenie, które nie ma nic wspólnego ze słowem dramat plus obowiązkowy monolog głównego bohatera zaraz przed napisami.


Może nie powinienem na to narzekać, bo pewnie większości osób, które chodzą do kina przede wszystkim żeby się rozerwać to się spodoba. No trudno, nie jestem zwolennikiem przewidywalnych zakończeń i uważam, że ten film zasługiwał na coś lepszego. Film pozostawia w ustach słodki smak, a liczyłem na trochę goryczy.

Trochę ponarzekałem, parę rzeczy można było rozwiązać lepiej, ale ogółem jestem zadowolony. Najbardziej bałem się tego, że David O. Russel złapał się szczerze mówiąc bardzo oklepanej historii (chociaż Fighter też oryginalnością nie grzeszył, a oglądałem go z zaciekawieniem) i tego, że nie da rady dodać do niej zbyt dużo od siebie.

A tak dostałem bardzo, bardzo dobry, inteligentny film, któremu jednak do ideału trochę zabrakło. Pewnie wiele osób po lekturze tego tekstu już wyciągnęła wnioski czy film jest dla nich czy też nie, ale od siebie dodam tylko: polecam!

Dramat psychologiczny - Elfen Lied



Dla niektórychych będzie to zapewne brutalna, niezbyt warta uwagi bajeczka. Dla mnie jest to historia o miłości, potwornościach jakie tkwią w każdym, zaufaniu, tragedii... a wszystko to zabarwione dramatem psychologicznym.

Historia gra tutaj pierwsze skrzypce. Jest intrygująca i ciekawa od samego początku – gdy nie wiemy zbytnio kto z kim i dlaczego – do samego końca kiedy wiemy już o co w tym wszystkim chodzi.

Dodany obrazek

Zanim jeszcze zaczniemy pochłaniać meandry fabuły ukazuje się nam absolutnie genialny opening, którego ani razu, przez całe 13 odcinków, nie zapragnąłem wyłączyć. Zaraz potem widzimy scenę w której całkiem naga nastolatka urządza rzeź w ośrodku z którego najwyraźniej próbuje uciec. Pierwsze co można pomyśleć po zobaczeniu tej sceny to coś w rodzaju „makabra”, ale wraz z czasem przekonujemy się, iż krwawa sałatka jaka została po żołnierzach usiłujących powstrzymać zbiega jest i tak łagodną karą w obliczu tego w co byli oni zamieszani. Już po tej scenie, było mi żal przedstawionej postaci. Myślę, iż gdyby mnie też więziono w ten sposób, również bym się ostro wkurzył. Mimo wszystko, zakuta w metalowy hełm, nie odziana w absolutnie nic, młoda dziewczyna, wywoływała we mnie litość, nie odrazę.

Szybko jednak akcja zwalnia, a my przenosimy się w spokojniejsze okolice aby poznać Koutę, absolwenta liceum, który w celu studiowania, wraca do miasta zamieszkiwanego przez jego znajomą z dzieciństwa kuzynkę, Yukę. Szybko wychodzi na jaw, że ta, bardzo go lubi. Mają razem studiować, mieszkają niedaleko od siebie (Kouta mieszka w już zamkniętym pensjonacie należącym do rodziców Yuki w zamian za sprzątanie go) czyli cud miód i orzeszki. Wszystko zmienia się gdy oboje znajdują na plaży nagą dziewczynę, która potrafi mówić tylko jedno słowo, „Nyu” (przez co bohaterowie szybko zaczynają tak na nią mówić), i dodatkowo nie rozumie żadnego.

Dodany obrazek

Przez pierwszą połowę serii trochę przeszkadzało mi dość nachalne ecchi. Nie sama jego obecność, na to się przygotowałem, tylko ciężko strawny (czasami nieco głupkowaty) sposób przedstawiania. Nawet wszystko byłoby do zniesienia gdyby nie fakt, iż później twórcy doskonale pokazują, że potrafią dorośle podejść do tematu. Dlaczego nie jest tak przez cały czas? Jak dla mnie, durnowate scenki z pierwszej połowy łącznie trzynastu odcinków nie służą w sumie nikomu i niczemu.

Na szczęście wspomniane scenki szybko odchodzą w zapomnienie, a historia staje się dużo doroślejsza niż była przedtem na czym ogólny odbiór całości bardzo zyskuje. Anime nie boi się poruszać ważnych tematów (czasem nawet dość dosłownie) i wpływać na widza. Czy historia jest dobra? Może sam pomysł nie jest wcale oryginalny, a i znalazło się miejsce na sporo typowo japońskich smaczków lekko gorszących przeciętnego Europejczyka, to jako całość prezentuje się bardzo składnie, bez zawiłości (w sumie nie miałem problemu z łapaniem o co chodzi), jednocześnie zapadając w pamięć. Ale fabułę tworzą przede wszystkim postacie, prawda? Tych mamy sporo, lecz w sumie na dłużej w mojej głowie pozostanie niewiele. Być może tylko jedna.

Dodany obrazek

O ile główna bohaterka – Lucy (chociaż, jak wcześniej pisałem, Kouta i spółka nazywają ją Nyu) jest świetna i naprawdę, naprawdę ją uwielbiam (poczynając od świetnego wykonania - różowe włosy i oczy z dodatkiem rogów na głowie – lubię to, a kończąc na genialnym jej udźwiękowieniu, ale o tym później) o tyle postacie drugo i trzecioplanowe są bardzo nijakie. Serio, na początku myślałem, iż mają duży potencjał (który zdołają wykorzystać), ponieważ większość z nich ma swoją odrębną historię. 

Z biegiem fabuły wiemy o bohaterach coraz więcej, a ich wątki są dobrze poprowadzone. Dlaczego zatem psioczę? Psioczę przede wszystkim dlatego, że zbytnio nie zależało mi na losie żadnej z nich (oprócz grającej pierwsze skrzypce Lucy, rzecz jasna). Sam nie wiem dlaczego, ale po pewnym czasie koncentrowałem się tylko na głównej bohaterce. Sceny w opuszczonym ośrodku, gdy nie pamiętała ona absolutnie niczego (zabieg rozdwojenia jaźni zaliczam tu na plus), były chyba najprzyjemniejszym elementem opowieści i miłą odmianą po przerażających obrazach jakimi dosyć często są karmione nasze oczy. Nie zamierzam tu też absolutnie nic na ten temat zdradzać, obejrzyjcie sami.

Dodany obrazek

Bardzo podobała mi się kreska zastosowana w Elfen Lied. Może nie wyróżniała się szczególnie swoim stylem w natłoku innych anime, ale postacie wyglądały ładnie, tak jak i tła całej opowieści (szczególnie w porównaniu z mangą). Kolory są żywe, a wszystko przyjemnie dopracowane z dbałością o szczegóły. Jak już mówiłem, styl nie jest jakoś szczególnie oryginalny, ale idealnie dopełnia całość i autentycznie cieszy oko. Jeżeli miałbym się tu do czegoś na siłę przyczepić, to nadmieniłbym na pewno, że charakterystyczne bardzo duże oczy nie każdemu muszą odpowiadać. Uściślając: mnie się podobały, ale ja sam znam dużo osób, które mimo zamiłowania do animców niezbyt lubią spodki na połowę twarzy. Ale w kwestii estetycznej, osobiście, nic do zarzucenia nie mam.

Następna rzecz, dźwięk. Absolutne mistrzostwo. Jeśli chodzi o muzykę: chociaż nie ma jej zbyt dużo (choć powiedziałbym raczej, nie jest zbytnio nachalna), a jak już gra to słychać głównie (po stokroć genialny!) utwór z openingu, spełnia swą rolę. Zresztą, jak już pisałem wcześniej, melodia przewodnia jest tak dobra, iż mógłbym słuchać jej w nieskończoność i dalej by mi się nie znudziła. Ale oczywiście to co przygrywa w tle nie jest aż tak ważne jak inna kwestia: głosy. Tu również, nic do zarzucenia.

Ani razu nie pomyślałem, iż jakiś głos do kogoś nie pasuje. Aktorzy grają bardzo dobrze i widać, że mocno przykładają się do swojej pracy. Chyba nikogo nie zdziwię jak napiszę, iż tu także najlepiej wypada Lucy. Jej łagodny, stonowany, lekko ochrypły głos po prostu nadawał tej postaci mnóstwo charakteru. Druga osobowość głównej bohaterki – Nyu, też wypada dobrze, ale zważając na fakt, iż cały czas mówi praktycznie jedno słowo (ten fakt zmienia się dopiero pod koniec), a i nie każdy lubi piskliwe, przypominające dziecięce, głosy, zdania na ten temat mogą być podzielone.




Dochodzę w końcu do sedna tego anime czyli emocji. Tego czego zawsze szukam w sztuce. Jak już mówiłem, strasznie związałem się z główną bohaterką. Opowieść też wiele razy szokowała. Bez wątpienia, takie rzeczy jak tu mogą powstać tylko w Japonii. Nasłuchałem się już o tym, że takie obrazy jak tu się widzi są po prostu nie do ogarnięcia (albo przynajmniej, bardzo ciężko przyswajalne) dla przeciętnego europejskiego zjadacza chleba.

I w sumie jest w tym trochę racji, ale w moim przypadku nie musiałem zaciskać zębów bo ciekawość poznania zakończenia tej historii robiła wszystko za mnie. A skoro już tu jesteśmy, jak prezentuje się zakończenie? Po pierwsze jest lekko niedopowiedziane, przez co na pewno na dłużej zostanie w mojej łepetynie, ale nie o tym. Sprawiło ono, że się po prostu... rozkleiłem. Najzwyczajniejszy w świecie męski płacz. Dawno nic tak na mnie nie zadziałało, z tego powodu ogromny plus i ogromny szacunek. Dobra, już możecie się śmiać.

Dodany obrazek

I tak dochodzimy do końca mojej przygody z tym anime. Polecam je wszystkim jak tylko mogę, naprawdę jest warte uwagi i waszego czasu. 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Jak bandażowałem sobie kolano - Tomb Raider


Crystal Dynamics długo myślało nad tym jak zacząć przygodę z Larą na nowo. Jak dodać wystarczająco dużo świeżości aby zainteresować rzesze nowych graczy? I co zrobić żeby starzy wyjadacze nie prychali na naszą grę z pogardą. Tak myśleli, myśleli, myśleli… i w końcu wymyślili. Trzeba użyć łuku i czekana.

Czy Lara była już w takim kryzysie by musieć ją restartować to już temat na szerszą dyskusję. Wyraźnie jednak przemiana z superbohaterki w zaradną dziewuchę wyszła jej na dobre. Nowa panna Croft naprawdę jest bardzo wiarygodna i autentycznie chcemy pomóc jej wydostać się z wyspy. Chociaż od pierwszych zapowiedzi tytułu (wydrukowanych słowem survival) niewiele zostało, to w zamian dostaliśmy grę akcji, doskonałą w każdym calu. 

Naughty Dog będzie się musiało mocno natrudzić aby przebić to w nowym Uncharted. Crystal Dynamics zapewniło nam miszmasz wszystkiego co dobre w dzisiejszych grach dając jednocześnie mnóstwo własnej inwencji. Nie obraziłbym się przy okazji gdyby rebooty innych marek były równie wysokojakościowe.

Dodany obrazek
Elementy wspinaczkowe, jak przystało na Tomb Raidera, są wykonane znakomicie

Nie zdziwicie się pewnie jak powiem, że od pierwszych zapowiedzi z niecierpliwością czekałem na tą grę. Gdy wreszcie wyszła niestety brakło mi funduszy. Ten czas kiedy wszyscy się w nią zagrywali, a ja nie mogłem był dla mnie długi i bolesny, ale oto jestem. Z uśmiechem od ucha do ucha. Nasza historia zaczyna się gdy grupa badawcza wraz z całą załogą pada ofiarą tonącego podczas sztormu statku. Jeszcze zanim jest nam dane zobaczyć kto przeżył katastrofę zostajemy porwani. Akcja pędzi na połamanie karku już od samego początku, a dalej nie zwalnia nawet na chwilę.

Momentami dzieje się tak dużo, że nawet Nathan Drake miałby problem za tym wszystkim nadążyć. Ale od początku. Całą naszą wędrówkę po wyspie dominuje jeden cel: ucieczka. Oczywiście jak to często bywa sprawy się komplikują, a nasza w tym głowa aby to wszystko ogarnąć. 

Historia nie jest przesadnie mocną stroną gry. Ot mamy wyspę i jej tajemnice. W żadnym wypadku nie jest ona zła, ale wiele rzeczy można było w niej rozwiązać lepiej. Choćby rozwijając trochę wątki licznych postaci pobocznych. Gdyby gracz trochę lepiej znał ich historię, pewnie dużo łatwiej byłoby mu zrozumieć, dlaczego postępują tak, a nie inaczej (poza tym gracz, bardziej by się z nimi zżył). Niektóre wątki można było rozwiązać dużo lepiej (żeby niczego nie zdradzać wspomnę tylko o doktorze Whitmanie).


Mamy niby jakieś tam wstawki fabularne, które tłumaczą to i owo, ale na dłuższą metę niewiele z nich wynika. Czyli po krótce nie psując wam zabawy, historia jest taka sobie. Przyjemna w odbiorze, ale do bólu przewidywalna (chociaż przyznam, jest parę fajnych zwrotów akcji).

Dodany obrazek
Gra nie stroni od mocnych scen, ale nie są one wrzucone na siłę

O wiele ważniejszy niż niuanse fabularne jest sam gameplay. A jaki jest? Znakomity! Mechanika strzelania jest świetna. Bronie mają moc i gdy trzymasz w ręku strzelbę to po prostu czujesz, że trzymasz w ręku strzelbę. Generalnie mógłbym tu trochę psioczyć na małe zróżnicowanie wrogów, ale ostatecznie każda gra ma teraz tendencje do zalewania nas armią klonów, więc sobie daruję. Oprócz wybuchowej zabawy w stylu Rambo w większośći przypadków możemy eliminować wrogów po cichu. I tu miałbym lekkie zastrzeżenia. Wrogowie jak zwykle zachowują się głupio.

Często stają wprost przed ścianą, aby gracz mógł wybiec i wpić im czekan w plecy. Gdy natomiast już nas wykryją dostają pajęczych zmysłów i zawsze wiedzą dokładnie gdzie jesteśmy. Poza tym, mimo że skradanie jak zwykle (mimo tego co przed chwilą napisałem) daje kupę radochy, czasem po prostu łatwiej jest wziąć karabin i powystrzelać wszystkich jak kaczki. Wraz z postępami w grze możemy ulepszać tak naszą podopieczną jak i sprzęt, który nosi przy sobie. Bronie palne dostają między innymi większe magazynki, zaczynają zadawać poważniejsze obrażenia i ogółem zyskują na funkcjonalność.

Oprócz trzech rodzajów broni palnej mamy przy sobie także łuk (który oprócz walki służy między innymi do wystrzelania lin po jakich możemy się przemieszczać) oraz czekan. Oprócz wspinaczki, możemy go później używać, jako broni do walki wręcz.

Dodany obrazek
Lokacje są wykonane na najwyższym możliwym poziomie

Mniej więcej tak wygląda walka w nowym Tomb Raiderze, ale jak wiedzą nawet niezapoznani z serią nie ona jest tu najważniejsza. O wiele ważniejsze jest tutaj zwiedzanie świata. Gdy eksplorujemy gra rozwija skrzydła jeszcze bardziej niż podczas licznych starć. Po pierwsze mamy tu kupę znajdziek różnej maści. Dzienniki, grobowce, skarby. Nic nie jest potraktowane po macoszemu.

O nowym znalezisku Lara powie wam kilka ciekawostek, a dodatkowo na każdym znalezionym skarbie możemy doszukać się różnych szczegółów, jakie uzupełniają naszą wiedzę o danym przedmiocie. Wspomniałem wcześniej o grobowcach, które były niegdyś nieodłącznym elementem każdego Tomb Raidera. Jak prezentują się w najnowszej odsłonie? Po pierwsze ich zwiedzanie jest całkowicie opcjonalne. Możemy do nich wejść, ale i całkowicie je zignorować. 

Kiedy już zdecydujemy się jednak grobowiec zwiedzić, zwykle wygląda to tak: najpierw musimy rozpracować prosty mechanizm, co zawsze sprowadza się do krótkiego wyzwania zręcznościowego w którym kluczowe jest zgranie wszystkiego ze sobą w czasie. Mimo to warto plądrować co się da, bo za każdą znalezioną rzecz dostajemy punkty XP za, które ulepszamy potem naszą podopieczną. Fani w pełni otwartych światów będą pewnie narzekać na to, że wyspa została podzielona na sporych rozmiarów „sektory” po, których możemy swobodnie się przemieszczać. Mnie takie rozwiązanie odpowiada, bo pewnie bez niego często bym się gubił.

Dodany obrazek
Grafika jest świetna, ale pełnię możliwości pokazuje dopiero na PC

Strona audio-wizualna gry to absolutny majstersztyk. Muzyka, chociaż nienachalna doskonale wpasowuje się wydarzenia na ekranie. Słucha się jej z przyjemnością i mógłbym włączyć ją także poza grą (zainteresowanych odsyłam do odsłuchania soundtracku na youtube).

Głosy postaci w angielskiej wersji są znakomite, Camila Luddington w roli Lary wypadła świetnie, reszta aktorów także się spisała. Jeżeli chodzi o polską wersję to zbytnia teatralność i niekiedy koszmarne aktorstwo szybko przekonały mnie, że lepiej grać wyłącznie z polskimi napisami. Nie jest tragicznie, ale co z tego skoro mamy do wyboru dużo lepsze oryginalne głosy (w tym miejscu współczuję właścicielom Xboxów 360, bo oni takiego wyboru nie mają)? 

Grafika jest piękna. Widziałem zarówno wersję konsolową jak i PC-tową i powiem wam tak: widać, iż komputery były platformą docelową. Oprócz tego, że grafika na PC jest ostrzejsza (ale to norma) to mamy jeszcze genialnie wyglądającego TressFX (wierzcie mi lub nie, ale robi on ogromną różnicę niestety nacieszą się nim tylko właściciele kart AMD z obsługą DirectX 11) i lepsze efekty cząsteczkowe. Twórcy pieczołowicie pokazują nam każdą porażkę, więc nie raz jesteśmy świadkami krwawych animacji. I chociaż gra posiada wiele mocnych scen to pasują one do całej reszty i nie są wrzucone na siłę.

Dodany obrazek
Nowa Lara jest piękna, zaradna, twarda i jeszcze raz piękna. Czego chcieć więcej?

Niestety nie wszystko stoi na najwyższym poziomie. Pierwsza część gry ma dużo źle wyważonych i strasznie wkurzających QTE. Naprawdę nie wiem, co to za moda by je wprowadzać (rozumiem, że takie sceny wyglądają bardziej epicko, ale rola gracza jest w nich ograniczona do absolutnego minimum), ale mam nadzieję, iż ten trend trochę ustąpi (słowem wyjaśnienia w takich np. slasherach spisują się znakomicie). I chociaż taka mała rzecz nie wpływa na odbiór całej gry to potrafi napsuć krwi.

Finalnie gra spisała się lepiej niż dobrze. Naprawdę nowy Tomb Raider ma wszystko, czego można wymagać od wysokobudżetowych tytułów tego typu i daje jeszcze więcej od samego siebie. Co najlepsze cały czas podtrzymuje klimat starych gier z tej serii. Starzy wyjadacze (w tym ja) będą więc równie zadowoleni co całkowicie nowi gracze. Chociaż na niektóre rozwiązania można kręcić nosem gra jest bez względu na wszystko warta zakupu. Jeśli miałbym wystawić jej jakąkolwiek ocenę prawdopodobnie byłaby ona maksymalna.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Na tropie Osamy Bin Ladena - Zero Dark Thirty


Hmmm, poszukiwania Osamy Bin Ladena, terroryzm. Tematy dosyć świeże, nie zgodzicie się? Ale co nowego można pokazać, skoro historia jest przewidywalna? Znowu piękną, bohaterską Amerykę? To ja chyba podziękuję. Tak właśnie myślałem przed pójściem na ten film. Grubo się myliłem.

Mocną scenę mamy już na początku. Przed oczyma mamy czarny obraz, a w tle słychać nagranie z 11 września. Mimo że na ekranie nic nie ma to rozpaczliwe krzyki ludzi wiedzących, iż nie ma dla nich ratunku, wywołują ciarki na plecach. Potem przenosimy się do Pakistanu, ale akcja ani na chwilę nie zwalnia. Film doskonale stopniuje napięcie, dzięki czemu nie wiesz czy w następnej scenie coś wybuchnie, ktoś zginie czy po prostu nic się nie stanie. Jak wiemy wszystko obraca się wokół poszukiwań Osamy Bin Ladena. Co oczywiste, drogę do niego trzeba sobie zrobić samemu. Nie przebierając przy tym w środkach. Jeśli obawiacie się, że dostaniecie kolejną bajeczkę o ratowaniu świata przed złymi terrorystami, to wiedzcie, iż możecie spać spokojnie, nie ma tutaj zbyt dużo patosu (może nawet wcale). Jest za to torturowanie więźniów w celu pozyskania kolejnych strzępków informacji, dochodzenie, domysły, kolejne ataki terrorystyczne i tak dalej.

 

Pieczę nad całymi poszukiwaniami sprawuje Maya (grana przez Jessicę Chastain), która jest przy okazji główną bohaterką. I tutaj bym na chwilę przystanął. Mimo, że aktorka urodziła się w siedemdziesiątym siódmym wygląda strasznie młodo i mnie osobiście kłuła w oczy. Nie twierdzę, iż źle gra, bo większość scen wypadła dobrze, ale jej „groźność” czy natłok przekleństw już autentycznie przeszkadzały i nie pozwalały się z nią zżyć. W każdym bądź razie mnie, chętnie poznam też wasze opinie.

Z czasem nieporadna z początku dziewczyna zaczyna być jedyną osobą, która faktycznie skupia się na głównym celu poszukiwań. Amerykanie raczej się nie pierniczą i swoich informatorów z łapanki nie traktują zbyt pobłażliwie. Nie ma co spekulować, traktują ich po prostu gorzej niż zwierzęta (scenarzyści nawet nawiązują do tego w jednej ze scen). Pomijając już całe jojczenie władz USA na ten film, nie wygląda to zbyt dobrze. Cóż cel uświęca środki, jak mówią.


Dodany obrazek

O ile reżyserka nie zasłynęła w przeszłości niczym szczególnym (może poza The Hurt Locker z Jeremym Rennerem, który zagrał niedawno Sokole Oko w Avengers), to widać, że takie filmy ma obcykane. Obraz wywołuje w widzu żywe emocje i zaspokaja przy tym (w pełni uzasadnioną) żądzę akcji. Może i nie jest ona zbyt spektakularna, bo nie uświadczymy tutaj strzelanin co pięć sekund, ale to co jest w zupełności wystarcza. Takie sceny nadrabiają swoją intensywnością. Na drugim planie ujrzymy między innymi Jasona Clarke’a (co ciekawe spotyka się z wspomnianą już Jessicą Chastain na planie po raz drugi, wcześniej grali razem w filmie Texas: Pola Śmierci z gwiazdą Avatara, Samem Worthingtonem w roli głównej), Joela Edgertona (między innymi Królestwo Zwierząt, Coś, Wojownik) czy Marka Stronga (całkiem niedawno mogliśmy zobaczyć go w filmie John Carter). Aktorzy raczej nie wspinają się na wyżyny, ale jest dobrze. Niestety nie ma tutaj specjalnie zapadających w pamięć postaci. Dlaczego? Ponieważ reżyserka postanowiła skupić się przede wszystkim na opowiedzeniu głównego wątku nie zawracając sobie i nam głowy lepszym przedstawieniem bohaterów. Trochę szkoda, ale trudno nie wszystkim jest to potrzebne, zwłaszcza zważając na fakt, że historia jest opowiedziana tak znakomicie.


"
Obraz wywołuje w widzu żywe emocje i zaspokaja przy tym (w pełni uzasadnioną) żądzę akcji

Nawet w tak dobrym i dopracowanym filmie znalazło się jednak parę elementów, jakie niezbyt mnie zachwyciły. Po pierwsze, niepotrzebne rozdzielenie filmu na części. Pojawiające w pewnych odstępach czasu plansze tytułujące z grubsza to, co się będzie teraz w filmie działo, nie są raczej przeze mnie lubiane. Rozumiem, że przeskoki akcji/czasu były konieczne, ale może niekoniecznie w tej formie. Druga rzecz, trochę szkoda, iż tak malutko dowiadujemy się o motywach działań głównych antagonistów. Przecież śledztwo trwało 12 lat, to chyba można by nad nimi trochę pospekulować? Parę tego typu refleksji raczej by nie zaszkodziło. Następna rzecz, w pewnym momencie filmu mamy wrażenie, że USA nie robi NIC, aby popchnąć poszukiwania do przodu. Kłótnie i inne takie duperele. Groźny terrorysta na wolności, a CIA zajmuje się ochrzanianiem swoich pracowników? Mimo wszystko, w obliczu faktu, że raczej każdy film swoje nieścisłości ma, mogę parę zgrzytów wybaczyć. Szczególnie w obliczu tak dobrze opowiedzianej historii (wiem powtarzam się, ale wszystko jest naprawdę dobrze wyreżyserowane).

Dodany obrazek

Dochodzimy w końcu do momentu kulminacyjnego, czyli spotkania z samym Osamą. Cóż tutaj mam jeden problem, bo z tego co wynika z filmu, Amerykanie wybierając się na misję, nawet zbyt dobrze nie wiedzieli czy zastaną swój cel, a gdy wreszcie docierają na miejsce zachowują się jakby od dawna wiedzieli, kogo się tam spodziewać. Nie zrozumcie mnie źle, bo pomijając ten babol końcówka jest świetna. Odpowiednio gromadzi emocje, jakie narastały przez cały film i naprawdę budzi ciekawość, chociaż zakończenie większość osób zna. Chyba to nie będzie spojler jak napiszę, że jest nim śmierć samego Bin Ladena, kilku członków jego rodziny i wspólników. Czy scenarzyści pokazali to prawidłowo? Tak, wszystko wygląda dobrze i mógłbym uwierzyć, iż prawdziwa operacja została przeprowadzona podobnie. Jest wszystko, co trzeba: noktowizory, broń z tłumikami, wysadzanie drzwi, obserwujący wszystko z góry snajper i żądni krwi żołnierze. Może i nie wiem jak takie coś przebiega w realu, ale na filmie wygląda OK. Zwykle po śmierci głównego złego, w większości filmów nie ma już nic ciekawego, ewentualnie jakiś monolog czy coś i lecą napisy. Cóż tutaj była kolejna rzecz, która mi się nie podobała. Nie znoszę, gdy film na końcu raczy mnie jakimiś krótkimi notkami, nawet jeśli to dokument (oczywiście ten film to nie jest dokument), chociaż jedna szczególna notka odnośnie głównej bohaterki nieźle mną wstrząsnęła. Nie zdradzę, obejrzyjcie.

"
Trochę szkoda, ale trudno nie wszystkim jest to potrzebne, zwłaszcza zważając na fakt, że historia jest opowiedziana tak znakomicie.

Ten film jest bez wątpienia świetny. Myślę, że spodoba się nawet osobom, które tą historię znają na pamięć. Nie przesadza z patosem, wywołuje żywe emocje i ma satysfakcjonujące zakończenie (w sumie, nie mógł się za bardzo skończyć inaczej…). Jest nawet polski akcent, wywołujący miły uśmiech na buzi (chociaż pewnie nie wszystkim…). Raczej te kilka baboli, które wspomniałem nie wpływa zbytnio na odbiór. Zdecydowanie Polecam!

sobota, 17 sierpnia 2013

Science Fiction pod lupą


Ostatnimi czasy obrodziło nam w sporo tytułów na które fani Science Fiction powinni spojrzeć przychylnym okiem. Warto wspomnieć iż jeszcze całkiem niedawno typowego, dobrego Sci-Fi bardzo brakowało grom przy dokładnie odwrotnej sytuacji w literaturze i filmach (chociaż im dalej w las tym jakość gorsza). Ale zacznijmy od początku.

FIKCJA LITERACKA
Fantastyka naukowa od początku istnienia swoje tematy najczęściej opiera na rozwoju techniki (często także na związanych z nią tragediach i upadkach), kontaktach z obcymi cywilizacjami zasiedlonymi daleko w kosmosie czy podróżach w przyszłość lub przeszłość. Jej podgatunki to:
  • space opera
  • fantasyka socjologiczna
  • steampunk
  • cyberpunk
  • postapokalipsa
Z literatury warto wymienić tu Pięć tygodni w balonie Jules Verne’a z 1863 roku i Podróż do wnętrza Ziemi tego samego autora wydaną rok później. Autor naprawdę świetnie łączy w nich fantastykę z opowieścią przygodową, niejako książki te były także jednymi z prekursorów całego gatunku, innymi powieściami na które warto zwrócić uwagę, a które także przyczyniły się do powstania gatunku są Wehikuł czasu i Wyspa doktora Moreau, Herberta George’a Wellsa wydane odpowiednio w 1895 i 1896 roku. Z polskich pisarzy zajmujących się tematyką bez wątpienia warto wymienić Jerzego Żuławskiego jak i Stanisława Lema (ze szczególnym wskazaniem na tego drugiego). Z (nie całkiem, ale jednak) świeższych tytułów warto popatrzeć przychylnym okiem na książki oparte o uniwersum Mass Effect (bez względu na to co sądzicie o literaturze na kanwie gier, trzeba przyznać iż wybranie Drewa Karpyshyna do napisania tych powieści było strzałem w dziesiątkę) i dla małej odmiany na genialne Pod Kopułą Stephena Kinga (wyglądała mi ona bardziej na powieść science fiction z elementami horroru niż na horror z elementami science fiction).


ŚWIATŁA, KAMERA, AKCJA!
Zdecydowanie równie popularną formą eksponowania gatunku Sci-Fi co literatura, są filmy. Chociaż wielu się z tym nie zgodzi moim zdaniem najważniejsze z nich to 2001: Odyseja Kosmiczna i 2010: Odyseja kosmiczna brawurowo zrealizowane przez Stanleya Kubricka w oparciu o powieść Arthura C. Clarke’a i oczywiście Blade Runner (w Polsce to Łowca Androidów, jeden z moich ulubionych filmów) nakręcony przez Ridleya Scotta na podstawie powieści Philipa K. Dicka, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? (Jeśli nie oglądałeś zdecydowanie polecam nadrobić tą zaległość, a raczej niedopatrzenie, poza tym przede wszystkim warto zaopatrzyć się w ksiązkę). Należy wspomnieć także o tym iż ten sam reżyser zapoczątkował uwielbiany przez wielu (i mnie) cykl Obcy.

Przy jakimkolwiek tekście o Sci-Fi nie można pominąć Gwiezdnych Wojen zrealizowanych przez George’a Lucasa. Co ciekawe obraz bardziej wpasowuje się w gatunek fantastyki (tej bez science) nie wyjaśniając widzowi jak działają przedstawione na ekranie technologie (napędy, miecze świetlne itd.), pozostawiając swoją przynależność gatunkową temu co utarło się przez lata. Warto także przypomnieć sobie Bliskie spotkania trzeciego stopnia Stevena Spielberga, serię Terminator Jamesa Camerona i jak na razie, trylogię Matrix w reżyserii braci Wachowskich.

Fani oglądania seriali pochodzących z gatunku na pewno znają Star Treka (Gene Roddenberry), Babilon 5 (J. Michael Straczynski), Battlestar Galactica (Pierwsza wersja serialu wyreżyserowana została przez Glen A. Larsona w roku 1978, dwa lata później powstała krytycznie przyjęta przez fanów kontynuacja pierwowzoru, przez co spoczęto po nakręceniu 10 odcinków, wydano adaptacje książkowe, komiksy i gry komputerowe z uniwersum by w roku 2004 powstał pierwszy sezon nowego serialu, który doczekał się czterech serii. W marcu 2009 kanał Sci-Fi Channel wyemitował ostatni odcinek nowej wersji serialu), Gwiezdne Wrota (polecam szczególnie spin off z podtytułem Atlantyda) i Doctor Who (ciekawostka: serial jest rekordzistą Księgi Guinnessa jako najdłuższy na świecie, pobił tu nawet Star Treka liczącego 726 odcinków).


GAME OVER
Dobra, ale jak to całe ględzenie ma się do gier? No trochę się ma. Na pierwszy rzut oka ciężko znaleźć coś, co naprawdę potrafi zachwycić i wgnieść w fotel. Na pierwszy rzut oka. Posiadacze Xboksa 360 (w tym ja) mają przyjemność grać w doskonałe pod wieloma względami, Halo (tak, jestem jedną z niewielu osób w Polsce które kochają tę serię) zaś nabywcy PS3 nie bez powodu cieszą się wodotryskami Killzone’a (nie dość iż to świetny FPS to jeszcze efektowny pokaz możliwości konsoli, szczególnie oglądany w 3D), a pecetowcy chociażby dwie części Knights of The Old Republic (każdy kto twierdzi, że BioWare nigdy nie potrafił robić dobrych gier RPG powinien jak najszybciej polecieć do sklepu i przekonać się jak bardzo jego zdanie jest mylne).

Bardzo eksponowany od jakiegoś czasu jest także wspomniany cyberpunk (koncentruje się głównie na tragicznych skutkach dążenia człowieka do doskonałości za pomocą maszyn i technologii), na co niewątpliwie miał wpływ sukces nowego Deus Exa z podtytułem Human Revolution (w Polsce, Bunt Ludzkości, po prostu trzeba zagrać). Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji go sprawdzić to szczerze polecam to nadrobić, jak dla mnie to wciąż jedna z najlepszych gier 2011 roku i jedna z lepszych gier w ogóle.


W ślady Eidosu poszło chociażby Electronic Arts wypuszczając (swoją drogą całkiem niezłego) Syndicate’a (nie odniósł sukcesu i teraz już pewnie większość o nim zapomniała). W kategorii growego Sci-Fi nie mógłbym pominąc także trylogii Mass Effect od BioWare w którą każdy fan tego typu gier (szczególnie space opery) musi zagrać, co do tego nie ma dyskusji (uwielbiam tę serię i sequel cz tam prequel zamówię od razu jak tylko będzie można). Na głodnych fantastyki naukowej czekają jeszcze choćby Doom, Remember Me, StarCraft (lub jego równie świetna część gruga), Half-Life, Prey, Fallouty… i wiele, wiele innych których za dużo by je tu przytaczać. Słowem dla każdego coś miłego.


A wy co o tym myślicie? Czujecie niedosyt czy przesyt Science Fifction?

sobota, 10 sierpnia 2013

Consoles, go home


Cóż, specjalnie poczekałem aż lament i zawodzenia na temat nowych konsol, aby opublikować ten tekst. Naprawdę, chcąc nie chcąc, żadna z nadchodzących rewolucji mnie nie przekonuje. I mówię tu o wszystkich next-genach razem wziętych. Dlaczego? Ponieważ twórcy bardzo zajadle próbują nam utrudnić coś tak prostego jak siedzenie z padem na kanapie.

Playstation 4 jest lepsze!!!

Najpierw mieliśmy prezentację nowego dzieciątka Sony. Nie powaliła mnie, absolutnie. Po pierwsze, nie podoba mi się nowy pad. Sorry, posiadam PS Vitę i na jej podstawie stwierdzam, iż jeśli chodzi o ekrany dotykowe, Japończycy muszą się jeszcze wiele nauczyć. A sądzę, iż ekranik w jaki będzie wyposażony kontroler będzie i tak o kilka klas gorszy niż ten z handhelda (de facto, taki sobie). Następna brzydka rzecz: przycisk Share. Serio, zdaje sobie sprawę z tego, iż portale społecznościowe mają teraz gigantyczną siłę przebicia, jak i z tego, że nie wykorzystanie tego faktu byłoby ignorancją. Ale czy jest to tak pierwszorzędna sprawa, iż trzeba jej aż poświęcić jeden z przycisków na padzie, który nie raz mogę wcisnąć przez przypadek (przyzwyczajenia robią swoje) i mógłby mieć tryliard innych zastosowań? Poza tym, niezależnie od konsoli, po prostu denerwuje mnie powszechna internetyzacja jaką twórcy chwalą się na każdym kroku.

Nie chcę być członkiem społeczności, nie chcę wrzucać informacji na Fejsa o wszystkim co robię (już wyobrażam sobie posty na tablicy typu: Odnalazłem Jajko Przeznaczenia w grze The Elder Scrolls VI. Ty też możesz je znaleźć, zamów już dziś!, pisane w moim imieniu). OK, pewnie nie będę na siłę zmuszany do korzystania z tych wszystkich wątpliwych dobrodziejstw (chociaż zanim szanowny Microsoft zmienił zdanie na ten temat, sądziłem inaczej), ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tak normalnego jak zagranie w Multiplayer będzie kosztować mnie dużo niepotrzebnej babraniny w Battlelogach czy innych tego typu rewolucyjnych pierdołach.


Dodany obrazek

Design & games

Następna ważna sprawa: gry. Tu już niestety wkurzam się niemiłosiernie (co poradzę, chyba pomału robi się ze mnie jakiś growy hipster). Nosz ja pierdziele, dysponujecie nowymi technologiami, macie o wiele mniej ograniczeń niż przy poprzedniej generacji, a znowu popełniacie te same błędy przez które rynek tworzą i dominują takie tytuły jak Call of Duty (a o samym zjawisku jeszcze zdążę trochę słów napisać)? Macie tyle możliwości, aby wszystkich zaskoczyć, a mimo to nowy Killzone, z podtytułem Shadow Fall, zapowiada się na kolejny sztampowy FPS, który nie potrafi niszczyć niczym więcej, tylko grafiką. Nie wiem jak z innymi, ja sam, powiem wam szczerze: ostatnio tak cholernie zbrzydły mi tego typu tytuły, że naprawdę widząc kolejne zapowiedzi takowych, rzygam po prostu. Zaraz ktoś powie: nie chcesz, nie kupuj. Dobrze, będzie miał rację, ale mam w tym momencie pełne prawo narzekać na to, iż coraz mniej jest na rynku tytułów wychodzących poza schemat brutalnych strzelanek. Może i świat nie kręci się wokół mnie, lecz jestem pewny, osób z podobnymi przekonaniami jest więcej.

No i wygląd. Nie powala. OK, w porównaniu z Xbox One, PS4 wygląda bardziej kosmicznie, lecz też jest duży i pewnie niedługo po premierze wyjdzie mniejsza, ładniejsza i poręczniejsza wersja Slim. Śmieszy mnie natomiast fakt, iż niesieni falą negatywnych emocji co do nowego Xboxa internauci, w przeważającej większości, zachwycili się wyglądem zabaweczki od Sony. Hmmm, dobra, mnie się średnio podoba.


Dodany obrazek

Xbox, go home

OK, to co spotkało Microsoft to naprawdę tragedia dla tej firmy. Ogromna strata na i tak słabym wizerunku, jak i dożywotnie zniechęcenie ludzi do produktów spod jej skrzydeł. Nie będę tutaj tych panów żałował czy głaskał po główce, bo pomijając fakt, iż fala hejtu wylała się błyskawicznie i zaczęła nieść ze sobą katastrofalne skutki, gigant z Redmond zrobił sobie kuku na własne życzenie. Wyobraźcie sobie: skonstruowałem nowoczesny toster. Jest rewolucyjny i robi najlepsze tosty na świecie. Chcę go zaprezentować toteż pokazuje, że potrafi też robić kawę i do tego bardzo smaczną, zmienia kolory w nocy, reaguje na komendy głosowe i tak dalej. Po zaprezentowaniu tych opcji spokojnie wracam do domu. Wiecie gdzie popełniłem błąd? Nie zaprezentowałem ani jednego tosta, dlatego żaden z potencjalnych klientów nie mógł przekonać się czy są one smaczne.

Od kiedy to konsola stała się Centrum domowej rozrywki, dekoderem i Smart TV? Nie powiem, wprowadzenie takich dodatków z głową byłoby ze strony Microsoftu dobrym posunięciem i raczej niewiele osób by wtedy narzekało. Ale niestety cały czas mam nieodparte wrażenie, że Xbox One to po prostu robiony na szybko, okrojony PC, którego obecność na rynku będzie podyktowana tylko chciwością i chęcią giganta do rywalizacji z Sony. Jakie są na to najlepsze dowody? Niezdecydowanie. Panowie z Redmond chyba sami do końca nie wiedzą jak ma wyglądać ich nowa zabawka toteż cały czas albo coś zmieniają albo tłumaczą się z każdej ujawnionej przez siebie informacji. Czy tak wygląda początek sukcesu? Nie sądzę.


Dodany obrazek

Deal with it

Co do gier, tutaj także nie spodziewam się niczego specjalnego. Microsoft jeszcze bardziej niż Sony żeruje na znanych i lubianych markach toteż będzie chciał z nich wypompować jak najwięcej. Szkoda, bo na przykład taka seria Halo jest naprawdę świetna, a obawiam się, iż stanie się kolejną marką na rynku, która co roku będzie częstować nas nową odsłoną. Nienawidzę takich tasiemców. Poza tym, czego by marketingowcy, przedstawiciele prasowi czy inne powołane do tego osoby nie mówiły: Xbox One w małym stopniu koncentruje się na grach i nie opuszcza mnie kolejne wrażenie, mianowicie, że ta konsola będzie do wszystkiego i do niczego.

Wygląd jest jaki jest, nie ma co się oszukiwać. Niby nieco zalatujący naftaliną, styl odtwarzacza VHS może niektórym się podobać, ale powiedzmy sobie szczerze: gabaryty i połyskująca obudowa to porażka. Do tego nowy Xbox nie może pracować bez włączonego Kinecta. Ale spokojnie, nie będzie on nagrywał naszych rozmów, bo będzie można go wyłączyć! Wiem szaleństwo, ale słuchajcie dalej: będzie on reagował wtedy tylko na komendę Xbox włącz się. Hmmm, czyli niby wyłączony, a wciąż włączony. Wcale nie narusza to mojej prywatności.

Dodany obrazek

Go PC

Ale my tu pitu pitu, a na rynku pierwsza konsola nowej generacji już stosunkowo dawno jest i jak dla mnie, Nintendo zrobiło wielką głupotę wydając ją na świat. Z tego co wiem jej sprzedaż nie jest zbyt wysoka (bo jest droższa i niewiele lepsza niż konsole obecnej generacji), a firma zaczyna pomału ledwo wiązać koniec z końcem.

Szkoda, po prostu szkoda. Jeszcze raz zapytam: jak można utrudniać coś tak prostego jak kolekcjonowanie gier i siedzenie z padem na kanapie? Przecież tutaj naprawdę nie trzeba żadnych bajerów. Czy to oznacza, że będę musiał ograniczyć się do PC? Bo nie byłoby to zbyt miłe ponieważ przywiązałem się do mojego PS3 i Xboxa 360. Blokowanie używek, płatny multi, wszystko to kumuluje się i skutecznie coraz bardziej zniechęca mnie do nowych konsol. Nie wiem jak z wami, ale chyba zostanę przy PC.

Czołgi i dziewczyny, dla faceta, jak znalazł - Girls und Panzer


Zaczynamy niewinnie, potem akcja się rozkręca by następnie pędzić na złamanie karku ku radości widzów. Wszystko jest tutaj dawkowane w taki sposób, że po prostu nie można się nudzić. Losy głównych postaci śledzi się nie tylko z przyjemnością, ale i nie małym zainteresowaniem. Ale od początku.

Panzer Vor!

Zaczynamy sielankowo, od przedstawienia głównej bohaterki - Miho Nishizumi. Wybiera się ona do liceum Oorai, szkoły, która jako jedna z niewielu nie praktykuje już dziedziny sportowej nazwanej senshado. Dziedziny bardzo popularnej, jeśli weźmiemy pod uwagę tak uczestniczki, jak i widzów. A na czym owa dyscyplina polega? Dziewczęta jakie zgłoszą się do Dywizji zasiadają za sterami wszelakich czołgów i walczą w nich ze sobą. To tak w literalnym skrócie. Ten swoisty sport (wykonywany tylko przez przedstawicielki płci żeńskiej) ma pomóc w wzmocnieniu charakterów dorastających czołgistek i zwiększeniu ich wiary w siebie. OK, nie ma tutaj zbyt dużo realizmu i to, co nieraz wyczyniają bohaterki raczej do rozsądnych zachowań nie należy, ale usprawiedliwiłbym ten fakt ogólną małą powagą przedstawianej opowieści.

I nie zrozumcie mnie tu źle: to nie tak, że dostajemy zero powagi, wszystko zostaje wyśmiane, a nagminne żarty szybko zaczynają męczyć – mamy miejsce i na poważniejsze momenty, trochę smutków i emocji, a także na dowcipy sytuacyjne i puszczanie oczka przez twórców. Wszystko jest tutaj tak idealnie wyważone, że ani przez moment nie miałem poczucia, iż autorzy z czymś przegięli. Ale wracając: bohaterkom, mimo bardzo niebezpiecznej sztuki jaką uprawiają, nieczęsto grozi prawdziwe niebezpieczeństwo. Po pierwsze: walka jest toczona aż do unieruchomienia wszystkich czołgów przeciwnika, te, po strzale w czuły punkt czy zmasowanym atakom wrażych sił, po prostu wysuwają białą chorągiewkę i odpadają z walki.

Dodany obrazek

Wspomniana główna bohaterka z racji urazu jaki posiada do senshado, niechętnie przyjmuje do wiadomości, iż Dywizja ma zostać przywrócona. Sama Miho jest nieśmiała i raczej ciężko zawierać jej nowe znajomości. Na szczęście szybko znajduje życzliwe koleżanki, które raz po raz podnoszą ją na duchu kiedy trzeba i naprawdę dużo wnoszą do opowieści. Ale o tym, za chwilę. Sama fabuła, co będę dużo mówił, nie jest jakoś szczególnie wybitna. O ile wyważenie wszystkich elementów, jak już pisałem, jest idealne, o tyle składnia na której się one opierają nie wyróżnia się niczym specjalnym.

Ale zważając na fakt, iż w praniu to wszystko idealnie się sprawdza (i pokazuje, że jednak z dziewczyn siedzących w czołgach, czyli najprawdopodobniej pierwotnego pomysły na to anime, można całkiem sporo wycisnąć) tu również nie mam zbytnio powodów do narzekań i szczerze, cieszy mnie to. Wszystko jest dobrze dopasowane, losy bohaterek śledzi się z ciekawością i przyjemnością, a wszystko to podane w pięknej oprawie o której jeszcze parę słów napiszę.

Milusińscy i spółka

Postacie. Cóż, nie ma co tego ukrywać, mimo skrajnie różnych charakterów i tego jakkolwiek każda z nich jest na swój sposób zróżnicowana – wszystkie są przyjazne i wszystkie da się lubić. Mógłbym uznać to za wadę: fakt, iż ludzie przewijający się przez opowieść z założenia są dosyć przyjacielscy pewnie (no, mamy tutaj kilka wyjątków, ale i one w końcu dołączają do reszty) sprawi, że fabuła będzie nudnawa i przejaskrawiona. Co ciekawe, tak się nie stało, a twórcy mają wiele punktów na jakich opierają smutniejsze momenty. Chociażby awersja Miho do czołgów. Poza tym: jako opowieść utrzymana, nie oszukujmy się, w dosyć luźnym tonie, Girls und Panzer sprawdza się znakomicie, tak samo jak jej bohaterki. Ale właśnie, jakie one w ogóle są?

Dodany obrazek

Jeżeli chodzi o postacie grające pierwsze skrzypce, mamy wspomnianą już wiele razy Miho – nieśmiałą, ale waleczną i pewną swoich decyzji, Saori – lekko narcystyczną niewiastę, ale przez to zabawną i zdecydowanie godną polubienia, Yukari – maniaczkę czołgów, również bardzo nieśmiałą (pomyślcie, ile koleżanek może mieć dziewczyna z zamiłowaniem do czołgów?), Hanę – chyba najbardziej sympatyczną (ależ ja nie lubię tego słowa...) dziewczynę ze wszystkich, w domu zajmującą się kwiatami i oczywiście moją ulubienicę – Reizei. Niech to, że jest dosyć negatywnie nastawiona do otoczenia i przez swój pesymistyczny charakter i wybija się tym na tle całej reszty, posłuży wam za wyjaśnienie takiego stanu rzeczy. Oprócz nich, wszystkich ze szkoły Oorai, mamy jeszcze szereg postaci pobocznych, ale nie ma sensu abym się tutaj o nich rozpisywał, obejrzyjcie sami.

Wizualia pełną gębą

Wreszcie doszedłem do momentu w którym mogę napisać o chyba jednym z najmocniejszych punktów Girls und Panzer (chociaż w obliczu bardzo wysokiej jakości całości, wiem rymuję, może być to stwierdzenie lekko krzywdzące – nigdy nie miało takowe być) czyli aspektów wizualnych i dźwiękowych. Anime jest jeszcze bardzo świeże bo pochodzi z 2012 roku i to naprawdę widać. Kreska jest bardzo schludna, postacie dopracowane, a tła wypełnione detalami. Do tego mamy bardzo fajne oświetlenie dopełniające estetyki całości. Ale nie to jest tu najlepsze. Elementem który każe zdjąć czapki z głów są same czołgi!

Zanim zacząłem oglądać trochę bałem się połączenia obiektów w trójwymiarze z całą resztą. Nie bardzo uśmiechała mi się wizja tego, jak rzeczywiście to będzie wyglądać. Wszystko zmieniło się gdy rzeczone efekty zobaczyłem w akcji. Sceny walk czołgistek są zrealizowane po prostu znakomicie, bez cienia przesady. Wszystko jest w siebie idealnie wkomponowane (zwracam uwagę na to, że już któryś raz z kolei używam tego typu zwrotu) i tworzy genialną całość. Walki zapierają dech w piersiach i nie pozwalają oderwać wzroku nawet na moment. Nie wiem czy na wszystkich tak to zadziała, ja bawiłem się przy nich znakomicie, czego dopełniały jeszcze dialogi prowadzone przez drużyny.

Dodany obrazek

Same głosy są dobrane idealnie. Każdy pasuje do odgrywanej postaci i nikt specjalnie nie odstaje od reszty. Aktorki (bo mamy tu głównie przedstawicielki płci żeńskiej, nie tylko w samej szkole, ale i w całym anime) znakomicie odgrywają swoje role, a niektórych przypadkach genialnie wczuwają się w odgrywane bohaterki. To się ceni. Muzyka jest bardzo dobra i trafia się kilka perełek, ogółem, większości utworów raczej poza GuP-em słuchał nie będę, lecz mimo to spełniły one swoje zadanie i umilały śledzenie akcji.

Na co czekasz, oglądaj!

W skrócie: podobało mi się. Jak już mówiłem, sam zamysł nie powala, ale elementy jakie go tworzą są ułożone tak idealnie, że nie sposób się nudzić. Nie każdemu luźny ton opowieści i masa przyjaznych postaci przypadnie do gustu, tak samo jak brak realizmu i inne przyziemne sprawy, lecz jeżeli podczas oglądania owe aspekty zaakceptujemy – czeka nas masa dobrej zabawy.