sobota, 10 sierpnia 2013

Czołgi i dziewczyny, dla faceta, jak znalazł - Girls und Panzer


Zaczynamy niewinnie, potem akcja się rozkręca by następnie pędzić na złamanie karku ku radości widzów. Wszystko jest tutaj dawkowane w taki sposób, że po prostu nie można się nudzić. Losy głównych postaci śledzi się nie tylko z przyjemnością, ale i nie małym zainteresowaniem. Ale od początku.

Panzer Vor!

Zaczynamy sielankowo, od przedstawienia głównej bohaterki - Miho Nishizumi. Wybiera się ona do liceum Oorai, szkoły, która jako jedna z niewielu nie praktykuje już dziedziny sportowej nazwanej senshado. Dziedziny bardzo popularnej, jeśli weźmiemy pod uwagę tak uczestniczki, jak i widzów. A na czym owa dyscyplina polega? Dziewczęta jakie zgłoszą się do Dywizji zasiadają za sterami wszelakich czołgów i walczą w nich ze sobą. To tak w literalnym skrócie. Ten swoisty sport (wykonywany tylko przez przedstawicielki płci żeńskiej) ma pomóc w wzmocnieniu charakterów dorastających czołgistek i zwiększeniu ich wiary w siebie. OK, nie ma tutaj zbyt dużo realizmu i to, co nieraz wyczyniają bohaterki raczej do rozsądnych zachowań nie należy, ale usprawiedliwiłbym ten fakt ogólną małą powagą przedstawianej opowieści.

I nie zrozumcie mnie tu źle: to nie tak, że dostajemy zero powagi, wszystko zostaje wyśmiane, a nagminne żarty szybko zaczynają męczyć – mamy miejsce i na poważniejsze momenty, trochę smutków i emocji, a także na dowcipy sytuacyjne i puszczanie oczka przez twórców. Wszystko jest tutaj tak idealnie wyważone, że ani przez moment nie miałem poczucia, iż autorzy z czymś przegięli. Ale wracając: bohaterkom, mimo bardzo niebezpiecznej sztuki jaką uprawiają, nieczęsto grozi prawdziwe niebezpieczeństwo. Po pierwsze: walka jest toczona aż do unieruchomienia wszystkich czołgów przeciwnika, te, po strzale w czuły punkt czy zmasowanym atakom wrażych sił, po prostu wysuwają białą chorągiewkę i odpadają z walki.

Dodany obrazek

Wspomniana główna bohaterka z racji urazu jaki posiada do senshado, niechętnie przyjmuje do wiadomości, iż Dywizja ma zostać przywrócona. Sama Miho jest nieśmiała i raczej ciężko zawierać jej nowe znajomości. Na szczęście szybko znajduje życzliwe koleżanki, które raz po raz podnoszą ją na duchu kiedy trzeba i naprawdę dużo wnoszą do opowieści. Ale o tym, za chwilę. Sama fabuła, co będę dużo mówił, nie jest jakoś szczególnie wybitna. O ile wyważenie wszystkich elementów, jak już pisałem, jest idealne, o tyle składnia na której się one opierają nie wyróżnia się niczym specjalnym.

Ale zważając na fakt, iż w praniu to wszystko idealnie się sprawdza (i pokazuje, że jednak z dziewczyn siedzących w czołgach, czyli najprawdopodobniej pierwotnego pomysły na to anime, można całkiem sporo wycisnąć) tu również nie mam zbytnio powodów do narzekań i szczerze, cieszy mnie to. Wszystko jest dobrze dopasowane, losy bohaterek śledzi się z ciekawością i przyjemnością, a wszystko to podane w pięknej oprawie o której jeszcze parę słów napiszę.

Milusińscy i spółka

Postacie. Cóż, nie ma co tego ukrywać, mimo skrajnie różnych charakterów i tego jakkolwiek każda z nich jest na swój sposób zróżnicowana – wszystkie są przyjazne i wszystkie da się lubić. Mógłbym uznać to za wadę: fakt, iż ludzie przewijający się przez opowieść z założenia są dosyć przyjacielscy pewnie (no, mamy tutaj kilka wyjątków, ale i one w końcu dołączają do reszty) sprawi, że fabuła będzie nudnawa i przejaskrawiona. Co ciekawe, tak się nie stało, a twórcy mają wiele punktów na jakich opierają smutniejsze momenty. Chociażby awersja Miho do czołgów. Poza tym: jako opowieść utrzymana, nie oszukujmy się, w dosyć luźnym tonie, Girls und Panzer sprawdza się znakomicie, tak samo jak jej bohaterki. Ale właśnie, jakie one w ogóle są?

Dodany obrazek

Jeżeli chodzi o postacie grające pierwsze skrzypce, mamy wspomnianą już wiele razy Miho – nieśmiałą, ale waleczną i pewną swoich decyzji, Saori – lekko narcystyczną niewiastę, ale przez to zabawną i zdecydowanie godną polubienia, Yukari – maniaczkę czołgów, również bardzo nieśmiałą (pomyślcie, ile koleżanek może mieć dziewczyna z zamiłowaniem do czołgów?), Hanę – chyba najbardziej sympatyczną (ależ ja nie lubię tego słowa...) dziewczynę ze wszystkich, w domu zajmującą się kwiatami i oczywiście moją ulubienicę – Reizei. Niech to, że jest dosyć negatywnie nastawiona do otoczenia i przez swój pesymistyczny charakter i wybija się tym na tle całej reszty, posłuży wam za wyjaśnienie takiego stanu rzeczy. Oprócz nich, wszystkich ze szkoły Oorai, mamy jeszcze szereg postaci pobocznych, ale nie ma sensu abym się tutaj o nich rozpisywał, obejrzyjcie sami.

Wizualia pełną gębą

Wreszcie doszedłem do momentu w którym mogę napisać o chyba jednym z najmocniejszych punktów Girls und Panzer (chociaż w obliczu bardzo wysokiej jakości całości, wiem rymuję, może być to stwierdzenie lekko krzywdzące – nigdy nie miało takowe być) czyli aspektów wizualnych i dźwiękowych. Anime jest jeszcze bardzo świeże bo pochodzi z 2012 roku i to naprawdę widać. Kreska jest bardzo schludna, postacie dopracowane, a tła wypełnione detalami. Do tego mamy bardzo fajne oświetlenie dopełniające estetyki całości. Ale nie to jest tu najlepsze. Elementem który każe zdjąć czapki z głów są same czołgi!

Zanim zacząłem oglądać trochę bałem się połączenia obiektów w trójwymiarze z całą resztą. Nie bardzo uśmiechała mi się wizja tego, jak rzeczywiście to będzie wyglądać. Wszystko zmieniło się gdy rzeczone efekty zobaczyłem w akcji. Sceny walk czołgistek są zrealizowane po prostu znakomicie, bez cienia przesady. Wszystko jest w siebie idealnie wkomponowane (zwracam uwagę na to, że już któryś raz z kolei używam tego typu zwrotu) i tworzy genialną całość. Walki zapierają dech w piersiach i nie pozwalają oderwać wzroku nawet na moment. Nie wiem czy na wszystkich tak to zadziała, ja bawiłem się przy nich znakomicie, czego dopełniały jeszcze dialogi prowadzone przez drużyny.

Dodany obrazek

Same głosy są dobrane idealnie. Każdy pasuje do odgrywanej postaci i nikt specjalnie nie odstaje od reszty. Aktorki (bo mamy tu głównie przedstawicielki płci żeńskiej, nie tylko w samej szkole, ale i w całym anime) znakomicie odgrywają swoje role, a niektórych przypadkach genialnie wczuwają się w odgrywane bohaterki. To się ceni. Muzyka jest bardzo dobra i trafia się kilka perełek, ogółem, większości utworów raczej poza GuP-em słuchał nie będę, lecz mimo to spełniły one swoje zadanie i umilały śledzenie akcji.

Na co czekasz, oglądaj!

W skrócie: podobało mi się. Jak już mówiłem, sam zamysł nie powala, ale elementy jakie go tworzą są ułożone tak idealnie, że nie sposób się nudzić. Nie każdemu luźny ton opowieści i masa przyjaznych postaci przypadnie do gustu, tak samo jak brak realizmu i inne przyziemne sprawy, lecz jeżeli podczas oglądania owe aspekty zaakceptujemy – czeka nas masa dobrej zabawy.

piątek, 9 sierpnia 2013

Już, tylko skończę notatkę - Death Note


Death Note. Jedna z tych serii o których słyszało dużo ludzi nie mających nic wspólnego z anime. Mimo dosyć sporej liczby 37 odcnków (nie wliczając jeszcze dwóch odcnków specjalnych), ogląda się ją jednym tchem ze stale rosnącym zainteresowaniem.

He who strikes first wins

Fabuła Death Note kręci się wokół licealisty imieniem Light Yagami. Jest on najlepszym uczniem w szkole, chłopakiem popularnym wśród dziewczyn, dobrym dla rodziny i ogółem początkowo jawi się nam jako wzór wszelkich cnót. Wszystko zmienia się, gdy jeden z bogów śmierci (zwanych shinigami) – Ryuk, upuszcza do świata ludzi swój Notes Śmierci - narzędzie dzięki któremu można zabijać, znając jedynie wygląd, imię i nazwisko osoby jaką chcielibyśmy przetransportować na tamten świat. 

Gdy posiadamy już te podstawowe informacje, wystarczy zapisać te dane w notesie widząc jednocześnie twarz ofiary i podać przyczynę śmierci (jeżeli tego nie zrobimy, nieszczęśnik umiera na zawał). Jak pewnie większość z was wie, albo zgaduje, nie musimy długo czekać by odnalazł go nasz główny bohater. Początkowo sceptycznie nastawiony do prawdziwości działania notesu postanawia go przetestować. Ku jego zdziwieniu, zeszyt naprawdę działa.

Co więc postanawia zrobić Light? Oczyścić świat z wszelkiego zła, zabijając każdego przestępcę, jaki jego zdaniem na to zasłużył. Pragnie stworzyć nowy, wolny od zła świat i zostać jego bogiem. Pewnego dnia przybywa do niego sprawca całego zamieszania – Ryuk. Okazuje się, iż fakt posiadania notesu zmusza schinigamiego aby pozostał przy właścicielu aż do jego śmierci, chyba że ten, zrzeknie się posiadania zeszytu. Bezrefleksyjne zabijanie sprawia, iż stosunkowo szybko, cały świat dowiaduje się o istnieniu mordercy, media nadają mu przydomek Kira, a jego samego ściga genialny detektyw o pseudonimie L. Ów detektyw, dzięki sprytnie uknutemu planowi, szybko odkrywa nadnaturalne zdolności Yagamiego i obszar w jakim się obecnie znajduje.


Dodany obrazek

Tak mniej więcej prezentuje się fabuła Death Note. Jako że jest to kryminał, główną atrakcją jest tutaj powolne dążenie do odkrycia tożsamości Kiry przez L. Tak wygląda to przynajmniej przez większość odcinków. Poziom dedukcji i inteligencji bohaterów może być czasem lekko przesadzony, ale mimo tego, ich rywalizację ogląda się z przyjemnością. Historia jest tutaj dość poważna, utrzymuje taki ton do końca i pomimo nielicznych momentów rozładowujących atmosferę, nie ma tu zbytnio miejsca na dowcipkowanie, co może przypaść do gustu wielu osobom z typowo europejskimi gustami.

I chociaż można odnieść wrażenie, że pewne zabiegi fabularne, jakie twórcy stosują lekko psują całość (na przykład, mniej więcej od połowy, wszystko wywraca się do góry nogami przez co całość traci trochę impetu), gdy historia coraz bardziej zaczyna się zazębiać całkowicie o tym zapominamy. Mimo to, nieszczególnie podobają mi się postacie wprowadzone w późniejszych odcinkach, ale o tym zaraz.

Dodany obrazek

This world is rotten, and those who are making it rot deserve to die

Zacznę od głównego (anty)bohatera. Ma ogromne poczucie wyższości nad innymi, jest egoistą i z czasem staje się szaleńcem. Jednym takie indywiduum odpowiada inni go nie znoszą, więc jakby nie patrzeć, niewiele osób pozostaje obojętnymi. Pokazanie przemiany Lighta, ze spokojnego nastolatka, w genialnego, przebiegłego mordercę, udało się twórcom znakomicie. Z każdym odcinkiem coraz bardziej zadziwiają nas jego poczynania. Naprawdę czuć jak zmienia się w szaleńca i to jak jego plan stopniowo wchodzi w życie ogląda się z niekłamaną ciekawością.

Główny przeciwnik Yagamiego, detektyw L, również jest bardzo ciekawą postacią. Jego specyficzne zachowanie i niejasno nakreślona przeszłość sprawiają, że widz chce dowiedzieć się o nim więcej. Jego zaciętość wynikająca z ponadprzeciętnej chęci dorwania (jak dotąd, udało mu się rozwiązać wszystkie powierzone w jego ręce sprawy) Kiry, włącznie z gotowością oddania życia za tą sprawę, czynią z niego godnego przeciwnika dla Lighta.

Przez lwią część opowieści, na ekranie towarzyszy nam także wspomniany już wcześniej Ryuk, który jako schinigami, do końca opowieści pozostaje bezstronny, nie ukrywając przy okazji radochy jaką sprawia mu obserwowanie działać właściciela notesu, jak i ludzi go ścigających. Niestety w mojej opinii, prócz wymienionych, większość postaci jest mało ciekawa. Jeśli chodzi o role które odgrywają w opowieści, każda z nich odznacza swoją obecność, ale w porównaniu do wcześniej wymienionych bohaterów, po prostu czegoś im brakuje.

Szczególnie nowe twarze wprowadzone pod sam koniec, nie tylko mają zbyt mało czasu abyśmy się do nich przywiązali, lecz dodatkowo są strasznie sztampowe i anime spokojnie mogłoby obejść się bez nich. W sumie w porównaniu do nich, nawet te poboczne potrafią dużo więcej wnieść i zostać lepiej przedstawionymi. Nie boli to aż tak bardzo, bo opowieść jakoś mocno się na nich nie skupia, ale jednak chciałbym trochę więcej osobowości godnych zapamiętania.

Dodany obrazek

You think I'm evil? I am justice! I protect the innocent and those who fear evil!


Bardzo podobała mi się oprawa całości. Kreska jest tutaj dość realistyczna (co pasuje do powagi całości), mroczna i klimatyczna. Tła są zrobione bardzo starannie z dbałością o detale cieszące oko. W ruchu wszystko prezentuje się znakomicie i nie mam absolutnie nic do zarzucenia na tej płaszczyźnie. Szczególnie widać to w przypadku specyficznie poruszających się schinigami, Neara (nie zdradzę kim ta postać jest) czy L’a, reszta wygląda równie dobrze. Muzyka często jest wzniosła, przygrywają nam utwory różnego rodzaju i chociaż po jakimś czasie zaczynają się one powtarzać to przy długości całej serii i bardzo wysokiej jakości wspomnianych utworów, jest to jak najbardziej zrozumiałe.

Aktorzy odwalają kawał dobrej roboty, a opowieść często wymusza na postaciach okazywanie emocji. Na szczególną pochwałę zasługuje tutaj Light, który brzmi całkowicie inaczej, gdy wciela się w Kirę i całkowicie inaczej gdy blefuje wszystkich wkoło. Mimo to, reszta nie pozostaje mu dłużna i również doskonale spełnia swoje role. Innymi słowy: warstwa dźwiękowa to klasa sama w sobie i jedyne co może być tutaj przeszkodą aby tak twierdzić, to fakt, czy wam tak jak mi spodoba się muzyka. Mnie się podobała, więc zaliczam na plus.

Dodany obrazek

You're asking me why? I did it 'cause I was bored


Niestety zakończenie, które wieńczy całość, chociaż nie było zbyt wiele sposobów aby zakończyć serię w inny sposób, jest strasznie przewidywalne. Wiedziałem mniej więcej jakie będzie już kilka odcinków przed tym jak faktycznie nastąpiło. Ale przez wzgląd na fakt, że, jak już wcześniej wspomniałem, nie było zbyt wiele ścieżek jakimi mogłoby pójść zwieńczenie Death Note, akceptuje je w takiej formie jakiej jest. Poza tym przewidywalność zakończeń to raczej częsta przywara wielu fabuł. Ale sam fakt takiego stanu rzeczy, warto odnotować.

Koniec końców, skończyłem oglądać kolejne bardzo dobre anime. Czy wybitne? To już raczej każdy oceni we własnych warunkach, więc jeśli jeszcze nie oglądaliście, możecie wiedzieć, iż macie moją rekomendację. Całość jest długa, ciekawa, zawiła (wszystko oczywiście w pozytywnym sensie) i wysoka jakościowo. Tyle powinno chyba wam wystarczyć abym mógł napisać: polecam!

Kurs randkowy - Date A Live


Zwykle gdy spodoba mi się jakieś anime, lubię polecić je komuś innemu i potem prowadzić dotyczące owej animacji konwersacje. Tym razem padło na Daniela Wodę, ale oprócz naszych rozmów na temat ecch... tegoż anime powstał ten oto tekst. Wiem, że jest długi, ale mam nadzieję, iż przeczytacie go w całości i wam się spodoba.

Randka twojego życia

Więc tak, główny wątek koncentruje się na Duchach – pozaziemskich istotach które z uwagi na ciągłe poczucie niebezpieczeństwa (spowodowane głównie działalnością wrogo do nich nastawionej organizacji AST) sieją spustoszenie wywołując wstrząsy. Oprócz wspomnianego Anti-Spirit Team istnieje także druga organizacja zajmująca się problemem owych istot, a mianowicie Ratatosk - ta jednak zamiast problem tępić przemocą używa bardziej humanitarnych metod. Co dla przebiegu opowieści jest bardzo ważne, wspomniane Duchy to po prostu kobiety posiadające nadnaturalne zdolności władania magią. Ale odstawmy to wszystko na chwilę i przyjrzyjmy się głównemu bohaterowi owej historii – Shido. 

Podczas wstrząsu napotyka jedną z wspomnianych, potencjalnie bardzo niebezpiecznych istot, lecz ta nie robi mu krzywdy. Jak się szybko okazuje siostra protagonisty – Kotori – jest głównodowodzącą wspomnianej organizacji Ratatosk, a co nie mniej ważne, zleca ona naszemu bohaterowi ważną misję. Ma on uwieść wszystkie pojawiające się w ich mieście Duchy, aby te nie siały zagłady i tym samym nie wchodziły w drogę AST. Tak mniej więcej całość się prezentuje i, nie oszukujmy się, historia szybko zaczyna po prostu koncentrować się na uwodzeniu przewijających się przez opowieść niewiast, ale, że to przy haremówkach normalka, nikt nie powinien na ten element narzekać.

Dodany obrazek

OK, historia to typowe romansidło wymieszane z nadnaturalnymi wątkami i komedią. Nie powiem, że fabuła jest najwyższych lotów – nie jest. Ot mamy kolejne Duchy, które bohater musi uwieść, a dodatkowo utrzymywać dobre relacje z całą ich resztą. W sumie przyjemnie się to ogląda, chociaż historia cały czas jedzie na tym samym schemacie. Co więc ową przyjemność sprawia? Dwie rzeczy: warstwa komediowa i postacie. Drugi z wymienionych przeze mnie elementów dostanie osobny akapit, więc skupmy się teraz na wszechobecnym humorze. Jest go dużo i naprawdę działa. Klimat całości sam w sobie jest wesoły i rozluźniający, a dodatkowo gdy twórcy dają nam wiele powodów do śmiechu (króluje tutaj zdecydowanie humor sytuacyjny), całość sprawia jeszcze lepsze wrażenie. ~Cyprian Sobolewski

Nie lubię się wypowiadać o fabule (jak tak można?! ~CS), bo tutaj w większości przypadków przełknę wszystko bez mrugnięcia okiem. Podobnie było również z Date a Live, chociaż jedyne co mogę zarzucić to słabe potraktowanie wątku jednej z postaci. Ogólnie, z chęcią ujrzałbym więcej scen w których się pojawiają moi ulubieńcy. Może gdyby zwiększono liczbę epizodów można by było sobie pozwolić na tego typu zagranie. Skoro mamy dwanaście odcinków to potrafię to zrozumieć, miejmy nadzieję że w drugim sezonie moi ulubieńcy będą częściej się pojawiać. Fabuła nieprzerwanie gna to przodu, czasami zapominając o potencjale niektórych bohaterów (oho, pełna zgoda, niektóre wątki winny były być o wiele bardziej rozwinięte, miejmy nadzieję na więcej w drugim sezonie ~CS). ~Daniel Woda

Dodany obrazek

Pełno niewiast, a w centrum ty

Date a Live należy do gatunku haremówek, a co za tym idzie, mamy tutaj zatrzęsienie kobietek mniej lub bardziej chętnych na głównego bohatera. I to okazało w moim przypadku największym problemem tej animacji. Protagonista – Shido, będąc w otoczeniu tylu przecudnych dziewcząt w ogóle nie potrafi wykorzystać sytuacji. Same dziewczęta z kolei rywalizują między sobą o jego względy, co najbardziej jest widoczne między Tohką i Origami. Tak, spodobały mi się obie (wszystkie... [zatwierdzam! ~CS]), ale to właśnie wspomniana Origami została moją niekwestionowaną faworytką. Co w tym takiego złego? Ile ja bym dał za coś takiego, co Shido regularnie odrzuca lub ogranicza (i tak pewnie zemdlałbyś zanim cokolwiek zaczęłoby się dziać...~CS). Dziewczyna prosi go o nakarmienie, a ten podchodzi do tego tak niechętnie jakby miał stracić rękę. Nie, Shido w żadnym wypadku nie jest zły, po prostu mu zazdroszczę... względnie nienawidzę.

Należałoby też wspomnieć o postaciach drugoplanowych, mimo tego że jest ich mało, ale traktuję to jako zaletę. W tym aspekcie zdecydowanie króluje załoga Ratatosk, niewidzialnego okrętu latającego nad miastem. Shido zawsze ma z nim kontakt, mając do dyspozycji szóstkę ekspertów z "doświadczeniem" miłosnym. Jeżeli chłopak ma problem z daną dziewczyną, na pokładzie odbywają się wybory jednej z trzech odpowiedzi (jest to oczywiście nawiązanie do licznych, i o wiele popularniejszych w Japoni niż u nas, gier randkowych ~CS). Zawsze prowadzi to do zabawnych sytuacji, z czego wybija się tutaj Kyouhei, swoim tokiem myślenia przypominając to co siedzi w mojej głowie (wolę nie zgadywać... ~CS). Nie będę zdradzał szczegółów, lepiej będzie gdy sami je poznacie. Sam statek można potraktować jako japońską odpowiedź na Normandię z Mass Effect (jako fanboy owej gry mógłbym tu trochę polemizować... ~CS). ~Daniel Woda

Dodany obrazek

Zanim zajmę się bardziej przyziemnymi sprawami jeszcze kilka słów od siebie naskrobię. Po pierwsze: wspomniany przez kolegę wyżej główny bohater. Zgadzam się z tym, że jest dosyć nieporadny i nie potrafi wykorzystać sytuacji za którą niektórzy z nas daliby się poszatkować. Aczkolwiek mnie takie podejście odpowiadało. Widać, iż Shido ma szacunek do napotykanych kobiet i jest wobec nich lojalny jak również sprawiedliwy. Poza tym jeśli miałbym zamiast niego dostać głupkowatego Casanovę dążącego do wiadomej sytuacji – wolę to co jest. Jednym słowem, polubiłem głównego bohatera.

Tak na marginesie dodam jeszcze, że w kwestii „wkurzalności” nieporadnych wobec niewiast zachowań nikt nie pobije znienawidzonego przeze mnie Amano Yukiteru z Mirai Nikki. Co do reszty postaci, moje faworytki to Tohka, Kurumi i oczywiście przybrana siostra Shido - Kotori (chociaż, jak pisałem nie ma tutaj raczej kobiecej bohaterki której bym nie lubił). Tą pierwszą poznajemy już na samym początku i naprawdę ciężko nie ulec jej sympatii. Druga wymieniona przeze mnie bohaterka wchodzi nieco później, ale na jej temat nie powiem nic co mogłoby wam zdradzić fabułę więc ograniczę się do własnych odczuć. Pierwsze co przychodzi mi w tym przypadku na myśli: jest jej zdecydowanie za mało, a jej wątek jest zdecydowanie źle zamknięty (chociaż stawiam, iż twórcy po prostu zostawili sobie pole do popisu przy już zapowiedzianym drugim sezonie).

Jako integralna całość będąca ważną częścią fabuły, postacie prezentują się nad wyraz dobrze. Powiem nawet więcej – są ciekawe, charakterne i każda z nich posiada własną nutkę oryginalności i indywidualności odróżniającą daną postać od reszty. Mnie ten element bardzo się podobał i liczę go jako jeden z największych plusów. ~Cyprian Sobolewski

Dodany obrazek

Techniczny bełkot

Warstwa techniczna jest porządna, nie mogę jej nic zarzucić. Miłym zaskoczeniem okazał się dla mnie opening, ponieważ za każdym razem różni się od poprzedniego. Nie jakoś znacząco, a jedynie samą narracją tajemniczo zapowiadającą wydarzenia czekające na nas w następującym odcinku. Większe zmiany następują w endingu gdzie zaserwowano nam kilka jego wersji, co zdecydowanie uznaję za miłe urozmaicenie. Oprawa graficzna cieszy oko, ale to raczej nie powinno dziwić ponieważ animacja premierę miała w tym roku. ~Daniel Woda

Ja rzekłbym nawet, iż warstwa techniczna jest bardzo porządna. Kreska, po prostu prześliczna (OK niby fakt, że anime jest z 2013 roku powinien z góry nam to zapewniać, ale...) i bardzo przypadła mi do gustu. Szczególnie pochwaliłbym tutaj pomysłowe i szczegółowe kostiumy samych Duchów jak i dobrze zrealizowane sceny akcji. Dodatkowo uważam, że za mało napisane zostało o samej muzyce, a potrafi ona pozytywnie zaskoczyć. Nie zawsze, bo niektóre kawałki odstają od reszty (głębiej zainteresowanych odsyłam do odsłuchania soundtracku na YouTube), ale jako dopełnienie całości, muzyka sprawdza się świetnie. To co chciałem jeszcze dodać, chociaż zostało już napisane, również uważam opening za bardzo dobry. Co nie wszystkim może przypaść do gustu to głosy bohaterów. Mnie jak najbardziej odpowiadały, ale spotkałem się już z opiniami jakoby między innymi Tohka ma zbyt dziecinny głos. Hmm, w każdym bądź razie ja takich odczuć nie miałem, a „Baka baka!” w jej wykonaniu mógłbym słuchać godzinami. Co kto lubi. ~Cyprian Sobolewski

Dodany obrazek

Dobra zabawa

Przy Date a Live bawiłem się dobrze, wskaźnik radości zawsze był zapełniony. Ograniczając wszystko do absolutnego minimum, otrzymujemy dobrą komedię w której grupa dziewcząt w zabawny sposób rywalizuje o względy głównego bohatera. Jeżeli lubisz animacje w których na ekranie przeważa płeć żeńska, to Randkę Życia śmiało możesz dopisać do swojej listy. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon! ~Daniel Woda

Nic dodać, nic ująć, po prostu dobra rozluźniająca zabawa dla lubiących haremówki. ~Cyprian Sobolewski

Koniec watahy - Kac Vegas III


Nie ma co ukrywać, ten film to skok na kasę. Nikt się tego nie wstydzi i za bardzo tym nie przejmuje. Czy to oznacza, że reżyser poszedł po linii najmniejszego oporu i po raz trzeci zafundował nam to samo? Bo w sumie, zrobił to bądź nie, obraz na siebie zarobi. Jakie jest więc Kac Vegas III? Hmmm, śmieszne.


Wataha powraca

Najpierw trochę historii. Część pierwsza wyszła w roku 2009 i okazała się ogromnym hitem. Jak na niezbyt oryginalną komedię zarobiła na siebie kupę forsy. Pomijając prosty (niektórzy rzekliby, prostacki) humor, przewidywalną fabułę i idiotyczne sytuacje, w jakich znajdują się czasem główni bohaterowie – film jest luźny i można oglądać go z dużą przyjemnością. Oczywiście, jeśli podejdziemy do niego z odpowiednim nastawieniem i bez wygórowanych oczekiwań. Jako, iż, jak pisałem, część pierwsza okazała się sporym sukcesem producent postanowił kuć żelazo póki gorące i dwa lata później zafundował nam sequel – Kac Vegas w Bangkoku (serio, nie wiem co za geniusz na to wpadł, jakby nie można było nazwać tego filmu po polsku po prostu Kac Vegas II).

Cóż, ludzie którym nie podobał się oryginał raczej nie mieli tutaj czego szukać. Poza zmienionymi realiami (chociaż mam tu na myśli głównie miejsce akcji) i kilkoma nowymi (i nic nie wnoszącymi) bohaterami dostaliśmy w sumie to samo co poprzednio, tylko w innej panierce. Były osoby którym się to nie spodobało, ponieważ tak wyraźny brak pomysłowości scenarzystów mógł trochę dawać się we znaki, jak i ludzie jacy z przyjemnością oglądali kolejną porcję gagów i łatwego w odbiorze humoru (i ja do nich należę), nie zawracając sobie zbytnio głowy niuansami scenariusza.

I wreszcie dochodzimy do części trzeciej, tym razem na szczęście, bez podtytułu. Niby to, że dostajemy ten film znów bardzo szybko i nic nie wskazuje na to abyśmy tym razem mieli dostać coś nowego, podobał mi się. Naprawdę. Gdybym miał zagłębiać się w sens fabuły, przedstawienie postaci (szczególnie tych nowych) czy inne tego typu bzdety jakie przy komediach są w sumie zbędne, to nie zostawiłbym na dziele Todda Phillipsa suchej nitki (no może trochę przesadzam, ale o tym zaraz). Ale zważając na fakt, iż ten gatunek koncentruje się przede wszystkim na tym, aby rozbawić widza, nie widzę powodów abym miał to zrobić. Jak już mówiłem, żarty i humor są tutaj bardzo proste i co za tym idzie, łatwo przyswajalne. Nie wszystkim musi to pasować, lecz jeżeli mamy ochotę obejrzeć jakiś luźny film razem z przyjaciółmi, wspólnie się śmiejąc i komentując rozmaite gagi, Kac Vegas III (zresztą poprzednie części także) nada się do tego znakomicie.

Dodany obrazek

Trzy razy tak

Tym razem zaczynamy trochę inaczej. Zamiast ślubu mamy pogrzeb, a przez cały film nasi główni bohaterowie pozostają całkowicie (choć czasem to uczucie może zaburzać ich niezbyt odpowiedzialne zachowanie) trzeźwi. Można by orzec, wielka zmiana. Mimo to zachowano typowy dla serii klimat totalnego bagna w jakim tkwią protagoniści. Z więzienia ucieka Chow, a Doug zostaje porwany (swoją drogą, dlaczego Justin Bartha musi zawsze w jakiś sposób być odcięty od wydarzeń z głównego wątku? Czy zamknięcie trylogii to nie idealny moment żeby w pełni wykorzystać potencjał całej obsady?). Aby odzyskać przyjaciela, Phil, Stu i Alan muszą odzyskać złoto, które Chow ukradł jednemu z mafijnych szejków. Chyba nie muszę mówić, że kończy się to niezbyt dobrze? Jak dokładnie? Tego nie zdradzę, zobaczycie sami.

To co może być największym problemem tego filmu to liczne nawiązania do poprzednich części. Oczywiście, dla kogoś kto się z nimi zapoznał będzie to doskonała podróż wspominkowa, ale dla osób jakie z trylogią mają do czynienia pierwszy raz (nie wierzę, że każdy kto idzie do kina jest z nią zapoznany) duża ilość z tych nawiązań i smaczków będzie po prostu niezrozumiała. Niby, jako osoba znająca poprzednie części, nie powinienem na to narzekać, ale zważając na fakt, iż pomiędzy Kac Vegas i Kac Vegas w Bangkoku ciągłość fabularna była tak mała, że po kilku zabiegach można by zamienić je miejscami, niezbyt mi się to podoba.

Dodany obrazek

Aktorzy, aktorki, obsada

Gra aktorska stoi jak zwykle na bardzo wysokim poziomie. Ed Helms (mówcie co chcecie, ja pamiętam go wyłącznie z tych filmów) jako Stuart Price jak zwykle bawi swoją nieporadnością i skłonnościami do paniki. Ken Jeong jako Chow to jedna z mocniejszych stron obrazu, jego mimika i zabawa własnym głosem nieodmiennie bawi, a aktor nawet zbytnio nie musi starać się aby tak było. Zach Galifianakis jako Alan Garner to z kolei ktoś, bez kogo cała trylogia straciłaby połowę (jak nie więcej) swojej atrakcyjności.

Co ciekawe, przed Kac Vegas, nie realizował się on jako komik, dopiero po sukcesie owego filmu odkrył w sobie ogromny talent komediowy. Ale wracając: jest on bez dwóch zdań najmocniejszym elementem jaki reżyser miał w swojej układance. Czynnie uczestniczy w akcji, cały czas żartuje, wygłupia się, a mimo to widz ma wrażenie, iż robi to całkowicie naturalnie, tak jakby efekt śmiechu był przez cały czas niezamierzony. Majstersztyk. Od całej tej paczki zdecydowanie odstaje Bradley Cooper. Serio, lubię tego aktora (szczególnie w Silver Linings Playbook czy Limitless), ale w poważniejszych rolach. Najzwyczajniej w świecie nie pasuje mi do komedii, a dodatkowo nie ma jakiegoś swojego indywidualnego charakteru, który wyróżniałby go na tle reszty.

Jeśli chodzi o dalszy plan, tutaj już nie jest zbyt różowo. Niby mamy miszmasz postaci występujących w poprzednich odsłonach, ale żadnej z nich nie poświęca się zbyt wiele czasu i uwagi. Wygląda to tak jakby reżyser z góry założył, że wcześniej zostało o nich powiedziane już tak dużo, iż wystarczy o nich od niechcenia napomknąć. Cóż, wyprowadzam wszystkich z błędu, ani teraz, ani wcześniej, poboczni bohaterowie mają nikły wpływ na historię, a szczytem tego czego się o nich dowiadujemy często jest imię i nazwisko. Szaleństwo normalnie. Niby fabuła powinna się koncentrować głównie na watasze i temu jak ścigają Chowa, ale skoro już reżyser chce z nami powspominać (więc koniec końców, jakby nie patrzeć, nawiązania do poprzednich części leżą na wszystkich gruntach) niech zrealizuje to porządnie. Wtedy nikt nie będzie narzekał. Bo teraz wygląda to tak, iż gdybym nie znał wcześniejszych filmów, nie wiedziałbym nawet, że bohaterowie są żonaci. Chyba coś tu nie halo, skoro śluby głównych bohaterów były motorem napędowym poprzednich części.

Dodany obrazek

Uśmiałem się

Na początku chwaliłem, potem trochę narzekałem, ale finalnie, oglądałem z przyjemnością. Na Kac Vegas nie idzie się dla fabuły, głębi czy innych takich głupot, nieistotnych przy komediach, tylko aby się rozerwać. Pośmiać się (oprócz dorosłych, film ogląda także bardzo dużo ludzi młodych, więc jak najbardziej wybaczam tutaj prosty humor, zwłaszcza, że się sprawdza) i z uśmiechem na ustach opuścić kino. Jeżeli chcecie obejrzeć ten film, a podobały wam się poprzednie części – pędem do kina. Jeśli nie mieliście wcześniej do czynienia z trylogią, obejrzyjcie sobie poprzednie części i sami oceńcie czy ten rodzaj komedii wam pasuje. A natomiast, jeśli mieliście z filmami do czynienia i w ogóle wam się nie spodobały, nie macie po co iść na Kac Vegas III.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Diwne dziwactwa i moja reakcja - Bakemonogatari


Nie wiem naprawdę, co mam myśleć o tym anime. Jest dziwne, być może trochę trudne w odbiorze, odcinki cały czas jadą na jednym schemacie, a pomimo tego bardzo przyjemnie śledzi się losy bohaterów. Jest tutaj miejsce na akcję, spokojniejsze momenty i duże dawki (we mnie zdecydowanie trafiającego) humoru. Ale od początku.

Niuanse fabularne

Głównym bohaterem Bakemonogatari jest licealista imieniem Koyomi Araragi. To raczej typowy młodzieniec i z pozoru niczym nie wyróżnia się na tle rówieśników. Uczy się słabo (co ma przełożenie na jego równie słabe oceny), kontakty rodzinne nie są jego mocną stroną, żyje całkowicie normalnie, nie posiada zbyt wielu przyjaciół (chociaż nie jest to doprecyzowane, przez całą opowieść przewija się tylko jedna jego przyjaciółka - Tsubasa Hanekawa, nie wliczając oczywiście osób, które bohater pozna później), ale za to ma duże tendencje do wtykania nosa w nie swoje sprawy.

W taki też sposób poznaję osobę, będącą głównym motorem napędowym opowieści (przynajmniej na początku) – Hitagi Senjogaharę. Jak mówiłem Araragi jest zwyczajny tylko z pozoru. Szybko bowiem okazuje się, iż posiada on moce regeneracyjne będące spuścizną bo byciu wampirem. Za to jego, wyżej wspomniana, towarzyszka ma dość nietypowy problem. Ktoś odebrał jej wagę, przez co stała się lekka jak piórko. Ku jej początkowej niechęci, jedyną osobą, która może jej pomóc jest Meme Oshino – znajomy Koyomiego i ekspert od dziwactw.

Tak mniej więcej prezentuje się historia opowiadana w tym anime. Czy jest dobra? Cóż, zważając na fakt, że co kilka odcinków jesteśmy karmieni schematem ustalonym na początku (Araragi znajduje kogoś z dziwacznym problemem, zaprowadza go do Oshino, potem młodzian pomaga ofierze dziwactwa się go pozbyć i tak w kółko), a historia mimo to jest spójna i wciąż interesuje, to na pewno mocny argument, aby odpowiedzieć na to pytanie twierdząco.

Nie wiem jak to się dzieje, ale autentycznie każde dziwactwo (tak są tu nazywane nietypowe przypadłości, najczęściej związane z demonami czy pomniejszymi bożkami) potrafi zaintrygować na tyle, że widz chce dowiedzieć się o nim więcej. Nie jestem oczywiście jeszcze na tyle obeznany, aby móc powiedzieć czy fabuła jest oryginalna, ale jako tło dla wydarzeń jakie mamy przyjemność oglądać – prezentuje się nad wyraz dobrze. Mimo że, przypominam, przez prawie cały czas jedzie na jednym i tym samym schemacie. Ale nawet pomimo tego, największy wkład w to, iż opowiadana historia jest dobra, mają moim zdaniem postacie. Świetne postacie.


Festiwal osobowości

Na pierwszy ogień niech pójdzie duet Hitagi i Koyomi. On – trochę ciamajdowaty i łatwo bulwersujący się ex-wampir i ona – złośliwa, inteligentna i przebiegła. Wybuchowe połączenie, jak najbardziej udane. Sposoby w jakie się ze sobą sprzeczają są naprawdę zabawne, a jakby tego było mało, naprawdę czuć, że tam jest chemia! Serio, połączenie wody i ognia w jedno było znakomitym pomysłem i z pełną odpowiedzialnością tych słów, stwierdzam, iż relacja tych dwoje to najmocniejszy punkt fabuły i jednocześnie jedna z tych rzeczy, jakie ogląda się w tym anime z największą przyjemnością. Przyznaję, na samym początku prawie w ogóle nie czuć, że z ich znajomości będzie romans, lecz nie trzeba ekspertów, aby odkryć, iż coś wisi w powietrzu. A im dalej w las tym to uczucie się pogłębia.

Oprócz tych dwojga mamy też oczywiście inne postacie, których również nie sposób nie polubić. Wiem, iż strasznie wychwalam ten element, ale każda z nich ma swoje własne, unikatowe cechy, wyróżniające się na tle reszty i nie sposób tego nie zauważyć. Nawet ci mniej sympatyczni bohaterowie (co może być jedną z wad – jest ich tu jak na lekarstwo) mają w sobie ten rodzaj uroku, który sprawia, że na pewno znajdą swoich wielbicieli.

Nie tylko każda z nich ma swoje przysłowiowe pięć minut, ale także, autorzy korzystają z bohaterów na każdym kroku, nawet wtedy, gdy zejdą już z głównej sceny ustępując miejsca następnym. Intrygują, śmieszą i przede wszystkim ubarwiają opowieść dodając jej kolorów. Szczerze powiedziawszy, twórcy nie silili się nawet zbytnio, aby przedstawiać nam ich życiorys, w większości przypadków ograniczając się tylko do niezbędnych informacji (chociaż zdarza się kilka wyjątków od tej reguły więc również nie mogę postrzegać tego jako wadę). Są fajne i już.

Dodany obrazek

Technikalia

Kreska jest dość specyficzna. Postacie są wykonane bardzo ładnie i, chociaż nie obfitują w szczegóły, wyglądają dobrze. Tła również są często mało szczegółowe, co mógłbym uznać za wadę, gdyby nie fakt, że całość jednak prezentuje się miło dla oka i mam wrażenie, iż twórcom chodziło dokładnie o taki efekt.

W ruchu wszystko prezentuje się jeszcze lepiej. Bohaterowie podczas licznych dialogów poruszają się naturalnie (oczywiście, jeśli pozwala na to sytuacja) i jedynymi rzeczami na jakie bym tutaj psioczył są, po pierwsze: plansze z tekstem. Gdy pojawiają się na odpowiednią ilość czasu i nie zawierają zbyt dużo tekstu (gdybym miał bronić tego rozwiązania na pewno nadmieniłbym, iż zwykle plansze te zawierają jeden lub maksymalnie kilka wyrazów) – OK. Ale w sytuacji gdy mam ułamek sekundy na przeczytanie ściany tekstu, robi się lekko nieprzyjemnie. Niby można to na wszelakie sposoby obejść (przeczytać później, przewinąć, zrobić pauzę), ale jest to lekko irytujące i wybijające z rytmu.

Druga sprawa: nie lubię, gdy postacie robią nagminnie dziwne, nienaturalne miny. Owszem, jestem gotów to znieść i jeśli nie występuje w kuriozalnych ilościach – nie mam nic przeciwko. Tutaj natomiast, co parę chwil postaciom znikają nosy, oczy się powiększają, zaczynają dziwnie wymachiwać rękami i tak dalej. Chyba ktoś tu przedobrzył.

Dodany obrazek

Warstwa dźwiękowa to kolejny mocny element Bakemonogatari. Muzyka jest rytmiczna i pasuje do oglądanych przez nas wydarzeń. Minusem tutaj może być to, że po jakimś czasie utwory zaczynają często się powtarzać. Ale jako że dotychczas nigdzie indziej mi to nie przeszkadzało, tak i tutaj, przez wzgląd, iż muzyka jest przyjemna i fajnie dopełnia akcję – nie narzekam. Głosy są dobrane znakomicie i każdy z aktorów spełnia równie znakomicie swoje zadanie. Wszelakie emocjonalne uniesienia naszych bohaterów, mimo wszystko, brzmią dobrze i ani razu nie miałem wrażenia sztuczności, jakiej nie łatwo uniknąć przy takich produkcjach.

Słowem zakończenia

Chyba nikt nie zdziwi się jak powiem (przecież jasno wynika to z tekstu): podobało mi się. Może i całość jest specyficzna i umysł przeciętnego Europejczyka może nie wytrzymać natłoku dziwactw, ale mnie to odpowiadało. Losy Araragiego śledzi się z przyjemnością (o ile Hitagi jest czasem przez scenarzystów odsuwana od głównych wydarzeń, o tyle Koyomi towarzyszy nam przez niemal cały czas) i zainteresowaniem. Dużo tutaj humoru, akcji i jeśli tylko ktoś zaakceptuje specyfikę tego anime, powinien być zadowolony.

0 friends online


Powiedzcie mi, jakie macie zainteresowania? Na pewno jest ich sporo. A teraz, czy wasi znajomi mają podobne? Tak? Też interesują się grami, filmami, rysowaniem, [tu wstaw miliard swoich zainteresowań] i co ci tam jeszcze do głowy wpadnie? Jeśli na wszystkie pytania odpowiedziałeś twierdząco to gratuluję, masz zarąbistych znajomych. Chciałbym takich.

Wybij się z głupoty: przecież potrafisz

Nie, nie jestem jakimś wampirem żyjącym w jaskini, bez kolegów i koleżanek. Ale z iloma mogę naprawdę porozmawiać o moich zainteresowaniach? Czuje się czasem jak odludek. Całe towarzystwo pali, pije i ćpa na potęgę (i to już w gimnazjum, co później?), a ja jakoś tak odcięty od tego wszystkiego. Nie rajcuje mnie to, a takie zabawy ciągną do siebie chyba z siłą niedojedzonego pięciolatka. Wolę zamiast włóczyć się do wieczora po mieście w sumie bez żadnego celu, usiąść i poczytać dobrą książkę (oczywiście dla niektórych jest to szok i trudno im to przełknąć). Na imprezy nie chodzę. Dlaczego? Bo to dla mnie żadna przyjemność pójść na balangę gdzie wszyscy idą w jednym celu. Tak zgadliście, alkohol (tak wiem, wszystko jest dla ludzi, ale gdy towarzyszy temu umiar).

Może jestem nienormalny, ale tak mam. Gry. Znam dużo ludzi, którzy tak jak ja lubią tą formę rozrywki (chociaż nawet tutaj wszyscy oprócz mnie grają w LoL-a, nie wątpię, iż gra jest dobra, ale mnie w ogóle nie wciągnęła). Nawet czasami znajduję z nimi wspólny język. Rozmowa zwykle kończy się moim zapytaniem „to może pogramy sobie na multi” i odpowiedzią drugiej strony „nie, niestety mam pirata”. Szkoda stary, wiązałem z tobą spore nadzieje.

Wielu z was powie na pewno, że powinienem szukać nowych znajomości, aż w końcu znajdę właściwą. Wiem, że nie ma ludzi idealnych ani takich, którzy kropka w kropkę będą tacy jak ja. To nie jest tak. Czuję się po prostu odcięty od rówieśników. Używki mam zasadniczo gdzieś, hip-hopu puszczanego na okrągło z okolic kieszeni nie lubię, imprez jak już pisałem także, nie przeglądam codziennie Kwejka, nie przesiaduję godzinami na Facebooku (oczywiście, gdy nie jestem na mieście z kumplami), nie dostaję samych szmat w szkole i nie mówię, że w przyszłości zostanę żulem (wiem tragedia, ale to wszystko jest niekiedy moją szkolną rzeczywistością). Nie zamierzam tutaj nikogo umoralniać, ponieważ to prywatna sprawa każdego jak żyje i co robi. Nic mi do tego. Tylko dlaczego trzeba powielać od sibie najgorsze cechy, pozostawiając te dobre w uśpieniu.

Powiedzcie mi zatem: jak tu dziwić się stereotypom?

To po prostu trochę smutne. Smutne, że współczesna młodzież rozprzestrzenia niepotrzebne stereotypy (przez co potem wszyscy są traktowani jednakowo). Czasami grając w jakąś sieciówkę ludzie potrafią być bardziej „ogarnięci” niż moi znajomi. Wsio ryba sieciówki, na tym forum można znaleźć masę fajnych ludzi z którymi da się mile pokonwersować. Kultura, uprzejmość, inteligentne wypowiedzi. Bez tych składowych ciężko poważnie podyskutować w moim przypadku.

Nie będę też owijał niepotrzebnie w bawełnę. Gimnazjum po prostu, najzwyczajniej w świecie mnie zmęczyło. Wiem, iż tam gdzie pójdę dalej może wcale nie być lepiej (wielu powie, że dużo gorzej), a za X lat pewnie będę tęsknił za tymi idiotyzmami, lecz na chwilę obecną mam dość. Dość patrzenia na wulgarnych, chamowatych ludzi bez ambicji. Może tylko takich udają w celu zapewnienia sobie tak zwanego „lansu”? Ale skoro tak, to jak mam traktować kogoś takiego poważnie? Dobrowolnie robić z siebie głupka w oczach innych? Naprawdę nie można inaczej?

Narzekam, narzekam i narzekać będę, bo nie mogę znieść tego, że niedane mi jest obcować na codzień z ludźmi, którzy nie wstydzą się swojej inteligencji (bo bez wątpienia niektórzy ją posiadają). A jak to zrzędzenie odnosi się do gier? Nikt z ludzi, których znam (forum się nie liczy ^^) nie interesuje się grami w takim stopniu jak ja. W ogóle to nie wiem czy niektórzy w ogóle się czymś interesują, a ci będący niegdyś znani przeze mnie ze swojej błyskotliwości i tego, że naprawdę dobrze mi się z nimi mówiło, zgłupieli w momencie przyjścia do gimnazjum.

Współczesna moda: idiota bez ambicji

Najprościej mówiąc, chyba modne jest teraz uwstecznić się. Ile może przetrwać takie proszenie się o nieszczęścia? Wiem, iż takim wpisem nie przemówię nikomu do rozsądku, ale jeśli chociaż 0,00001 ludzi, zerknąwszy na moje słowa zmądrzeje i się nawróci, to było warto.

Ale co będę się oszukiwał. Dużo osób uzna moje ględzenie za głupoty i zapomni o tym nazajutrz. Inni powiedzą, że po prostu mam problem i zamiast się użalać nad sobą i innymi powinienem wyjść na miasto i zapalić sobie papierosa z kolegami. Generalnie to byłoby najprostsze rozwiązanie. Tylko, że nie zawsze „najprostsze”, znaczy „najlepsze”. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, ale chyba nie do końca o to tutaj chodzi. Po krótce: żałuję, że mało znam osób, z jakimi mogę porozmawiać o zainteresowaniach. Nie myślcie też, iż nie próbowałem o nich rozmawiać także z tymi, którzy wolą do końca życia grać głupków przed samymi sobą.

Mówią, że nikt nie jest wyjątkiem, więc pewnie nie jestem jedyną osobą, która tak ma. Może ma tak też ktoś z was? Nie bierzcie mnie też za kogoś bez znajomych, co tylko by czytał i siedział przed kompem, bo tak nie jest. Po prostu uważam, że przeczytanie dobrej historii stoi dużo wyżej niż zapicie się do nieprzytomności na imprezie czy ćpanie z kumplami.

Chciało by się rzec „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”.


Miłość, skandal, wiara, gry wideo


Wiara, indywidualna i często dosyć drażliwa kwestia dla każdego człowieka. Dużo nie trzeba, aby zahaczając o tą tematykę, przy okazji wywołać aferę. I pomimo tego, że twórcy wyraźnie lubią silić się na kontrowersje, gry, o wiarę zahaczają raczej rzadko.

Where is your god now?

Nic tak nie denerwuje ludzi jak pakowanie się w ich prywatne życie i poglądy. Nawet gdy twórcy rzeczywiście próbują poruszyć ten, jakby nie patrzeć, temat tabu, często mają przez to problemy lub sprawa wywołuje spory pomiędzy developerami a licznymi przywódcami religijnymi. Tyle tylko, że jeśli naprawdę chcemy, my gracze, jak i autorzy tytułów wszelakich, udowodnić wszystkim wkoło, iż ta dziedzina rozrywki prezentuje sobą coś więcej, nie możemy wiecznie żyć w strachu przed wywołaniem, często niezamierzonych, kontrowersji. Mimo że to bezpieczniejsze wyjście. Sięgając lekko w przeszłość można znaleźć wiele przykładów takich właśnie skandali z grami wideo w roli głównej.

Przypomnę choćby fakt tymczasowego usunięcia mapy Favela z gry Call of Duty: Modern Warfare 2 przez samych twórców. Powód? Dwa obrazy, znajdujące się w toalecie, których ramy przyozdobiono cytatami Mahometa. Chociaż mogę się założyć, że był to po prostu przypadek spowodowany tym, iż Infinity Ward najprawdopodobniej używało tych samych elementów graficznych w różnych lokacjach, nie zważając na genezę takiego stanu rzeczy, uczucia religijne Muzułmanów zostały obrażone.


Dodany obrazek

Inny przykład: wydana wyłącznie na rynek indyjski gierka Hanuman: Boy Warrior (co ciekawe był to pierwszy taki tytuł wyprodukowany na PS2). Według Raijana Zeda – przedstawiciela zjednoczonych organizacji Hinduizmu, twórcy, wykorzystując symbole religijne, przedstawiając bogów w nietypowy sposób i przede wszystkim wykorzystując postać Lorda Hanumana, zachowali się karygodnie. Co gorsza, na samej krytyce studia Aurona Technologies nie poprzestano i skończyło się na groźbach kierowanych prosto w Sony. Jednakże, przez wzgląd na fakt, iż w sumie Zed żadnych konkretnych argumentów (i popartych czymś więcej niż domysłami) przemawiających za wycofaniem gry z rynku nie miał, afera ucichła równie szybko, co została wszczęta.

Co ciekawe, nie były to pierwsze problemy japońskiego giganta z urażaniem uczuć religijnych w tle. Pamiętacie taki tytuł jak Little Big Planet wydany wyłącznie na PS3? A czy wiedzieliście, że jednym z powodów, przez który gra była opóźniana stała się piosenka Tapha Niang w której, historia lubi się powtarzać, wykorzystano cytaty ze świętej księgi Islamu – Koranu? Wszystko skończyło się dobrze, bo Sony poważnie potraktowało spór, wydało oficjalne oświadczenie i usunęło utwór z gry.

Trzecia i ostatnia wpadka Japończyków o jakiej pragnę napomknąć wydarzyła się niedługo po premierze Resistance: Fall of Men. Jeden z graczy zauważył, że w owej grze umieszczono szczegółowy model katedry znajdującej się w Manchesterze, co nie umknęło uwadze kościoła anglikańskiego i, nie zgadniecie, wywołało poruszenie. Niestety, im dalej w las, tym bardziej zaczynam sądzić, iż gaming, dobrze znany przez nas wszystkich, wciąż na świecie traktowany jest jako głupawa rozrywka, która potrafi jedynie lasować mózgi i być przyczyną tragedii.

Dodany obrazek

Everything is bad for you

Całe środowisko graczy wciąż jest traktowane z pogardą, przez co rzeczy, jakie ujdą przykładowo w filmie, w grze muszą być już przyczyną skandalu. Nie dziwota więc, iż coraz częściej, tytuły rzeczywiście haczące o ciekawą tematykę są wypuszczane przez twórców niezależnych lub małe studia, które nie mają wiele do stracenia w przypadku wywołania kontrowersji. Duzi wydawcy najzwyczajniej w świecie boją się ruszać spraw, które mogą przysporzyć im kłopotów.

Z pewnego punktu widzenia, można to zrozumieć. Z drugiej strony, tytuły AAA lubią czasem wywołać większy skandal (przecież zapewnia to darmowy rozgłos), dlaczego więc muszą robić to tak nieudolnie (masakra cywilów na lotnisku – bardzo twórcze) mając wiele innych sposobów wywołania ogólnego poruszenia na wyciągnięcie ręki? Jeśli dalej tak będzie, branża gier nigdy nie przestanie być uniżana i szykanowana przez ludzi, jacy nie mają o niej najmniejszego pojęcia, a swoją wiedzę opierają na tym, co słyszą w mediach i telewizji (ewentualnie na tym, co przeczytali w Internecie).

Sam Benedykt XVI, poprzedni papież, nie raz i nie dwa, publicznie potępiał wirtualną rozgrywkę między innymi za gloryfikację przemocy, ukazywanie ludzkiej seksualności w nieodpowiedni sposób, zahaczanie o poważniejszą tematykę czy niszczenie umysłów młodzieży na całym świecie. Nic to przecież, że dostał na piętnaste urodziny od ojca pistolet, ważne, iż grał w Battlefielda. Ciekawym przykładem tytułu, jaki jawnie i bez żadnych skrytości ocierał się o religię, nie wywołując przy tym afery, jest Dante’s Inferno od Visceral Games.

Pojawiają się tam motywy chrześcijańskie i chyba jedyny powód, poprzez który nie zapisała się na dłużej w pamięci przedstawicieli religijnych jest fakt, iż sam tytuł był raczej średniej jakości (rozgłosu nie miał praktycznie żadnego) i bardziej próbował żerować na słynnej Boskiej Komedii Dantego (nie mając z nią przy okazji wiele wspólnego), aniżeli poruszyć nurtujące ludzkość od wieków kwestie. Każdy religijny akcent w ogrywanych przez nas na co dzień tytułach przez każdego może być interpretowany w różny sposób: jedni uznają to za żart, inni za przypadek i zawsze znajdą się też tacy, którzy poczują się urażeni.

Dodany obrazek

Get lucky

Pewnie jest to jeden z najważniejszych powodów dla jakiego wydawcy, zamiast ryzykować problemy produkcji na którą przeznaczyli miliony dolarów i nad którą pracownicy trudzą się od miesięcy, wolą pójść na łatwiznę i wspomnianych akcentów unikać. Przypominając sobie powyższe przykłady skandali, z udziałem wszystkich osób maczających w danej grze swoje palce, nie spodziewam się w najbliższej przyszłości zalewu tytułów poruszających wspomnianą tematykę. Chociaż można już ujrzeć pierwsze jaskółki idące w stronę poruszania tematów tabu w grach, siedzą one tak wysoko na drzewach, iż ciężko je na razie dostrzec bez lornetki. Wiara jest tym, co każdy człowiek interpretuje we własny, indywidualny sposób.

Można się o niej wypowiadać na różne sposoby i wykorzystywać ją w wielu dziedzinach – byleby szanować siebie i innych, bez względu na to, co my, czy inna osoba, wyznajemy. Słowem zakończenia: mam jednak nadzieję, iż tak ciekawe zagadnienie, nie schodzące ludziom z ust od setek tysięcy lat, znajdzie kiedyś drogę do znanego nam wszystkim medium, czyli gier wideo.