Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2014

Weekend z waifu: Asuna Yuuki


Dodany obrazek
Na pierwszy rzut oka jest to najzwyczajniejsza bohaterka romansu przyprawiona po prostu nutą zadziorności przez którą czasami może sprawiać wrażenie bycia tsundere. Mimo to fani SAO ją uwielbiają (a może nie tylko oni) i wygrywa ona w kolejnych ankietach dotyczących najlepszej waifu. Czy i ja uległem jej niewątpliwemu czarowi?


UWAGA PRZEZ TRZY WYKRZYKNIKI! Chorobliwie uczuleni na spoilery, którzy boją się nawet zdradzenia koloru spodni bohatera w 20 odcinku są tradycyjnie przeze mnie ostrzeżeni. Reszta może spać spokojnie, raczej nie będę mocno wybiegał poza podstawowy zarys fabularny. No i tradycyjnie polecam przed lekturą odświeżyć sobie mój tekst o SAO.


No dobra, ostatnie pytanie postawione we wstępie to takie małe puszczanie oczka, bo gdyby odpowiedź na nie była przecząca w ogóle nie powstałby ten tekst. Zdaję sobie sprawę, że fakt lubienia Sword Art Online z góry zapewnia mi dezaprobatę wielu osób, ale co na to poradzę, obdarzyłem sympatią tę serię. W każdym bądź razie, Asuna. Poznajemy ją już w drugim odcinku i nie wiele się o niej dowiadujemy. Walczy sama, nie jest członkiem żadnej gildii, ale z mieczem radzi sobie równie dobrze co z patelnią. I w sumie po tak zdawkowych informacjach wraca po kilku epizodach z powrotem na drugi plan. I w sumie tyle powinniście wiedzieć o ile nie oglądaliście.

Jeśli tak, to resztę poznaliście już sami. Z samego początku bohaterka charakterem wpisuje się dość wyraźnie w tsundere: jest zadziorna, niedostępna, wyraźnie trzyma Kirito (protagonistę SAO) na dystans. Brzmi znajomo? Zapewne. Gdy jednak zaczyna działać chemia, osobowość Asuny ulega wyraźnej zmianie: na bardziej miłą, ciepłą, życzliwą. Wiecie o co chodzi. Nie znaczy to, iż dziewczyna jest przez to mniej charakterna: komu trzeba przyłożyć, temu przyłoży, a przynajmniej w dogodnej dla niej sytuacji. Dlatego też, jej wizerunek może być dla wrogów... mylący.

Dodany obrazek
Jeśli zaś już przy wyglądzie jesteśmy, nie wyróżnia się on niczym szczególnym. Jej włosy są koloru, który ciężko mi opisać. Powiedzmy, że to coś pomiędzy ciemnym blondem a jasnym brązem. Oczyska koloru piwnego, ich wyraźnie agresywniejsza kreska dodaje błysku upartości. Z bardziej charakterystycznych rzeczy wymieniłbym jeszcze brwi: nie wiem dlaczego, ale poprzez dopasowanie ich pod kolor włosów rzucają mi się w oczy. W Sword Art Online Asuna ma 17 lat (jest rok starsza niż Kirito) i nosi biało-czerwoną zbroję będącą symbolem przynależności do gildii Rycerzy Krwi (której zostaje wicedowódczynią). Warto napomknąć, że bohaterkę widzimy w naprawdę wielu kreacjach: we wspomnianej zbroi, w mundurku szkolnym, *khem* w bieliźnie, w ubraniu codziennym plus do tego dwa awatary z Alfheim Online (Undine i Tytania). Z ciekawostek powiem wam, że głosu Asunie użyczyła Haruka Tomatsu – ta sama, która użyczyła go również jednej z bohaterek Accel World, anime o podobnej do SAO tematyce. Ach, warto jeszcze nadmienić, że babka potrafi gotować.

No i czas na moją opinię czyli najtrudniejszą rzecz ze wszystkich.  Dlaczego? Bo cokolwiek napiszę będę brzmiał albo abstrakcyjnie albo nie końca zdrowo. Ale w sumie kogo to obchodzi? Zatem, zacznę od końca, czyli od wyglądu. Twierdzę, że ta postać jest bardzo fajnie narysowana i zaprojektowana. Na pewno nie jakoś strasznie oryginalnie, ale ładnie. Ciężko mi powiedzieć co konkretnie urzekło mnie w jej wyglądzie lecz wiedzcie, iż coś w nim jest i to coś mnie urzekło (best quote evah). Dalej mamy zróżnicowany charakter.
Dodany obrazek
by enjelia

Jak już pisałem, dziewczynę możemy pooglądać w kilku odcieniach i większość z nich jest dobra. Poza tym, to dość twarda laska. Chociaż w anime znajdziemy motyw ratowania księżniczki z tarapatów (że tak to sobie skrzętnie nazwę) to jednak wiele razy to właśnie Asuna ratuje Kirito z opałów, nie na odwrót. A nawet jak jest na odwrót, trzeba nam pamiętać, że protagonista to OP badass madafaka więc w sumie dlaczego miałoby tak nie być? Co jeszcze... wstyd mi się przyznać, ale cholernie dobrze ogląda mi się romanse. Te animowane oczywiście, filmowymi komediami romantycznymi robionymi taśmowo, łagodnie mówiąc, gardzę. W każdym razie, jak relacja pomiędzy bohaterami jest dość wiarygodna to ciężko mi nie zapałać sympatią do żeńskiej połówki. Nie zawsze tak jest, ale mi się zdarza. No i na koniec, po prostu lubię tę serię. Wiem, iż ma mnóstwo wad, dla niektórych większych, dla innych mniejszych, ale najzwyczajniej w świecie mi się podobała. Kręciłem parę razy nosem, ale z niecierpliwością oczekuję na drugi sezon i na przyjście nowelki pod mój dom. Z Asuną na okładce (i Kirito też, tak dla ściemy).


Dodany obrazek
by enjelia


Ostatni i przedostatni art są dziełem użytkownika enjelia. Koniecznie zajrzyjcie, robi zarąbiste prace: KLIK!

sobota, 15 marca 2014

Weekend z waifu: Gasai Yuno [#1]


Różowe włosy, oczy tego samego koloru, przeważnie uśmiechnięta, tryskająca energią i przesłodka. Ale czy na pewno? Czy dopiero do od momentu w którym sięga za nóż?

ACHTUNG! Dwie sprawy: po pierwsze z oczywistych względów w tekście mogą znaleźć się spoilery bo bez nich raczej mało możliwe staje się opisanie postaci. Jeśli jednak kogoś to nie zraża (mimo wszystko nie będę przesadzał i zdradzał bardzo kluczowych rzeczy) zapraszam do zapoznania się z TĄ recką. Po drugie: pozostawiam do waszej interpretacji czy ten tekst jest pisany do samego końca na poważnie ^^.

Czy przepiękna dziewczyna wręcz tryskająca pozytywną energią może mieć swoją ciemną stronę? Chyba każdy kto miał do czynienia z jakąkolwiek kobietą wie, iż tak, to wielce prawdopodobne. Jednak rzadko jest ona tak hardkorowa jak tutaj. Bo chyba nie każda przedstawicielka płci pięknej przed pójściem do domu chłopaka zabezpiecza się ostrymi narzędziami na wypadek pójścia czegoś nie po jej myśli? Chociaż co ja tam wiem. Ważne, że panienkę poznajemy już w pierwszym odcinku Mirai Nikki i prosto z mostu dociera do nas krótka wiadomość: lubi ona protagonistę serii, czyli bijącego rekordy wkurzalności Amano Yukiteru. Chociaż powiedzieć, że Yuno go lubi to trochę jak powiedzieć, iż Sandler chętnie uczestniczy w idiotycznych komediach. Łapiecie?


Ale wracając do tematu przewodniego, co jeszcze wiemy o różowowłosej piękności oprócz posiadania alter ego i podkochiwania się w głównym bohaterze? Na jaw szybko wychodzi fakt jej szaleństwa gdyż kochać to jedno, a zdzielić dla ukochanego drugą osobę tasakiem to już trochę inna historia. Z drugiej strony trudno ukryć fakt, że o ile w swojej wesolutkiej i rozkosznej (w niektórych momentach wręcz podchodzącej pod moe) wersji bohaterka jest świetna o tyle jej psychopatyczna wersja jest najbardziej sexy. Zwłaszcza, iż nawet zabijanie zdaje się nie potrafić zdjąć uśmiechu z jej ślicznej buzi. Taki stan rzeczy też ma swoją przyczynę: pannica nie miała w życiu łatwo i to właśnie ciężkie życiowe doświadczenia zrobiły z niej groźną osobniczkę. Nieszczęśliwa miłość sprawiła tylko, że stała się yandere.

Co doprowadziło psychikę Yuno do opłakanego stanu? Słuchanie 1D? Dobra, spokojnie, aż tak źle nie było. Generalnie przybrana matka o imieniu Saika lubiła znęcać się nad córką. Może i nie dochodziło do rękoczynów, ale zamykanie w klatce też nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Zwłaszcza gdy dostaje się przy tym mało jedzenia. Psychologiem nie jestem (może jedynie hobbystycznie) lecz iście więzienne warunki raczej dobrze nie wpływają na umysł czternastolatki.


Jej Pamiętnik Przyszłości (czyli kluczowy przedmiot, którego używają bohaterowie serii) to Pamiętnik Miłosny. Ma on bardzo ciekawą umiejętność. Przewiduje przyszłe wydarzenia związane z ukochanym Yuno czyli Amano. Dzięki temu ta przeważnie wie co musi robić aby uchronić go przed niechybną śmiercią z rąk innych uczestników gry (jak ktoś pomimo spoilerów postanowił przeczytać i nie wie o co chodzi, to zachęcam do zapoznania się z serią!). Sprytne rozwiązanie nieprawdaż? Dodatkową zmyłką dla przeciwników może być już w sumie sam wygląd dziewczyny: jest młoda, piękna, niewinna, niezbyt wysoka (żeby nie rzec niska, liczy sobie około 160 cm wzrostu) i ogółem nic nie wskazuje na to, że potrafi zamienić się w niebezpieczną maszynę do zabijania. A taką dla ukochanego staje się dosłownie w sekundę, kiedy wymaga tego sytuacja. W końcu jak już pisałem Yuno to yandere do kwadratu. Tylko bardziej. Stała się nawet w sumie symbolem tej osobowości.


W sumie jeśli miałbym pod groźbą śmierci zgadywać dlaczego padło akurat na Yukiteru pewnie szybko zakończyłbym swój żywot, bo jest on tak fajtłapowaty, rozhisteryzowany i ogólnie wkurzający nieporadnością jak tylko można. Z tego co możemy dowiedzieć się z serialu (i równie dobrej mangi) bohater dawno temu, w ramach zadania robionego na lekcji, za sprawą manipulacji Yuno obiecał jej, że kiedyś się pobiorą. Żeby dodać całości większego dramatyzmu (dam, dam, dam!) panienka wzięła to sobie porządnie do serca i w swoim niezbyt szczęśliwym życiu, uznała za iskierkę nadziei na lepsze jutro. Tak zatem nie ma też problemu z wyeliminowaniem każdego kto mógłby jej w jakikolwiek sposób zagrozić, to znaczy jej planom. Chociaż i one nie są tak oczywiste jak mogłoby się wydawać...

Na koniec to co mi się w niej podobało. W sumie odpowiem, jak to się mówi, na chłopski rozum: ta dziewczyna jest pierwiastkiem dla którego albo się Mirai Nikki lubi albo nie. A Yuno jest po prostu idealną waifu: wepcha się w kolejkę po mangę, wywalczy rabat w Empiku i pozwoli się pogłaskać po różowowłosej główce. Do tego tak idealnie dopasowany głos, który bohaterce podkłada Tomosa Murata. Czego więcej chcieć?

czwartek, 7 listopada 2013

Adventure time!


Virtual reality – termin jednocześnie dość dobrze kojarzony przez osoby siedzące w temacie nowinek sprzętowych, graczy, a nawet zwykłych ludzi którzy przeczytali o całym zjawisku w Internecie, a jednak porządnie od nas odległy. Dlaczego tak jest? Pewnie dlatego, iż dotąd żadna firma nie wzięła tematu na poważnie spychając większość projektów do miana nikomu niepotrzebnych zabawek dla bogatych. Znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, iż niedługo cała sytuacja może ulec diametralnej zmianie.

Nie chcę abyście rozpatrywali ten tekst jako skrótowy opis tego co wiemy o Oculus Rifcie. To bardziej felieton na temat całego zjawiska VR skupiający się właśnie na nim. Spróbuję nakreślić powody takiego stanu rzeczy.

EVERY TIME IS A GOOD TIME FOR A VR
Gry zawsze były i będą w wielu aspektach umowne. Nigdy nie odwzorują zbyt pieczołowicie rzeczywistości, a nawet jeśli to raczej nie wróżę sukcesu takim ultrarealistycznym tytułom. Co innego wręczenie nam jak najbardziej realistycznych doznań zachowując uproszczenia jakie w prawdziwym życiu nie mają racji bytu (nie czuję jak rymuję). Do czego dążę? W tym roku światło dzienne i nasze pieniążki (dużej części z nas) ujrzą konsole nowej generacji. Podejrzewam, że zanim na dobre przywykniemy do ich obecności (bo dla mnie taki przeskok nie będzie czymś łatwym) medialny szum długo ich nie opuści.

Wygoda, kolejna z zalet Oculusa.

Wiadomo, morze opinii, początek równie nowych sporów o słuszność zakupu i inne pierdoły (które swój początek mają już w sumie w tej chwili), ale nie o tym chciałem pisać. Pragnę za to abyście na chwilę zapomnieli o PS4, XBO, nowej generacji i tym wszystkim, aby waszym oczom ukazała się „zabawka” która jest obecnie moim najbardziej oczekiwanym sprzętem po który będę biegł jak tylko pojawi się w sklepie. Dlaczego? Bo oto szansa by moje doznania podczas grania były całkowicie nowym przeżyciem i mam szczerą nadzieję, iż przeżyciem wyjątkowym, wartym każdej ceny.


Nagroda dla najciekawszej nowinki, jakby nie patrzeć, zasłużona.

No ale spróbujmy spojrzeć też trochę chłodniejszym okiem. Po pierwsze, zdaje sobie sprawę, że pewnie wiele projektów podobnego rodzaju (czyli po prostu gogle VR) jest w tym samym czasie tworzona i być może Oculus powołany do życia dzięki Kickstarterowi okaże się błahy gdy na scenę wejdą Microsoft, Sony, Google (to znaczy, już coś tam pokazali, ale to na razie zbyt mało aby o tych projektach mówić poważnie, nawet tych ukończonych) czy inni wielcy producenci. Dlaczego więc piszę właśnie o Oculus Rift?

Przede wszystkim dlatego, iż jego możliwości można ujrzeć już teraz, wystarczy zakupić prototyp. Do tego Internet roi się od masy nieoficjalnych, lepszych lub gorszych, aplikacji, filmików, artykułów etc. pokazujących na przykład połączenie okularów z... działającym jak Move podpinany pod PS3, kontrolerem ruchu Razer Hydra. I naprawdę każdy kolejny pokaz tego co z tym urządzeniem można wyczarować sobie przed oczami sprawia, że mój apetyt na nie ciągle rośnie. Do tego całość mimo wszystko ładnie się prezentuje i jest leciutka (przynajmniej jak na tego typu sprzęt), a coraz więcej producentów deklaruje chęć wspierania urządzenia. Jak to będzie wyglądać w praktyce – zobaczymy. Ja staram się być dobrej myśli.

Ja chcę taką. TERAZ!

CHOOSE YOUR WIFE RATHER BY YOUR GOGGLES THAN BY YOUR EYE
Czy więc wreszcie jest szansa aby podczas grania rzeczywiście oderwać się od rzeczywistości? Sądzę, że tak i to bardzo duża. Bądźmy szczerzy: na większość rzeczy które odczuwamy (nawet na ból) ogromny wpływ mają nasze oczy. One rejestrują co się dzieje i potrafią mieć wpływ na inne zmysły. Nie dziwota więc, że postawienie kroku na wirtualnej ziemi, kiedy otacza nas wirtualny świat i wirtualne postacie jest przeżyciem (no po prostu musi nim być!) niezwykłym.

Wirtualny parkour? Czemu nie!

Póki co Oculus wyświetla obraz tylko w 720p lecz doglądając przyszłości, ma się to zmienić. Jest to oczywiście jedna z wielu poprawek (czy może usprawnień) jakie jeszcze przed premierą pełnej wersji (która raczej nie odbędzie się w tym roku) trzeba zaimplementować. Innym, do tego niezbyt dobrze rokującym, babolem są nieprzyjemne efekty odczuwane przez niektóre osoby po kontakcie z urządzeniem. No cóż, jakby nie patrzeć w jakimś stopniu oszukujemy swój mózg. O czym warto wspomnieć, według Brendana Iribe’a, dyrektora generalnego firmy stojącej za Oculusem, najnowsze modele (mówię tu wciąż o Development Kitach) są nieudogodnienia pozbawione.

Prototyp urządzenia na oficjalnej stronie kosztuje 300 dolarów. To dość dużo, zwłaszcza zważając na fakt, iż to tylko (czy może aż, zważając na fakt, że mimo wszystko dobrze sprawuje się w akcji?) pokazówka możliwości aniżeli prezentacja ich w całej okazałości. Wielu powie na pewno, że niepotrzebnie się nakręcam, ale od zarania dziejów marzyłem o goglach wirtualnej rzeczywistości z prawdziwego zdarzenia, takich które przeniosą mnie dosłownie do innego świata. Dziś ten sen staje się coraz bardziej realny. Aha, nowe zamówienia będą wysyłane dopiero w grudniu.

Wsparcie. Tym Oculus może sie pochwalić.

Co jeszcze podoba mi się w tym sprzęcie? Otwartość. Wierzę, że po premierze całość będzie na tyle przystępna aby użytkownicy mogli sami bez problemu tworzyć aplikacje na Oculusa. Architektura wersji prototypowej jak najbardziej pozwala mieć na to nadzieję, czy to wyjdzie w praktyce – jeszcze się zobaczy. Mnie do szczęścia na jakiś czas powinna wystarczyć Hatsune Miku do użytku własnego.

Nie byle co, bo jedno z najlepszych brytyjskich pism o grach.

Oczywiście poza wspomnianą panienką możliwości są ograniczone tylko wydajnością urządzenia i równie dobrze zamiast wirtualnej dziewczyny możemy mieć wirtualnego pieska, być świadkiem inwazji obcych, obejrzeć film, przejść się po fikcyjnym mieście czy nawet takim prawdziwym odwzorowanym w 3D... nawet gdy to piszę przechodzą mnie ciarki, a to tylko czubek góry lodowej i tego co jeszcze można wymyślić. I nie, nie wróżę z fusów jak to się mówi – po prostu chciałbym aby wymienione wyżej rozwiązania znalazły się w finalnym produkcie. Na razie to trzymajmy kciuki aby Oculus Rift w ogóle wyszedł, miał odpowiednio przystępną cenę i osiągnął wielki sukces (byłbym też wdzięczny za dystrybucję w naszym pięknym kraju).

Na koniec pozostaje mi tylko czekać z niecierpliwością aż dziecko zrodzone z Kickstartera wreszcie wejdzie na salony i sam będę mógł sprawdzić prawdziwe możliwości oferowane nam przez deweloperów i ile z nich sprawdza się w praktyce. Oby twórcy nie odpłynęli w morzu pochwał, pozytywnych opinii, nagród i dalej skupiali się na dostarczeniu nam sprzętu VR z najwyższej półki. Takiego jakiego jeszcze nie było, a także takiego na jakiego warto będzie wydać ciężko zarobione pieniądze. Wtedy będę zadowolony, myślę że wy też.

sobota, 17 sierpnia 2013

Science Fiction pod lupą


Ostatnimi czasy obrodziło nam w sporo tytułów na które fani Science Fiction powinni spojrzeć przychylnym okiem. Warto wspomnieć iż jeszcze całkiem niedawno typowego, dobrego Sci-Fi bardzo brakowało grom przy dokładnie odwrotnej sytuacji w literaturze i filmach (chociaż im dalej w las tym jakość gorsza). Ale zacznijmy od początku.

FIKCJA LITERACKA
Fantastyka naukowa od początku istnienia swoje tematy najczęściej opiera na rozwoju techniki (często także na związanych z nią tragediach i upadkach), kontaktach z obcymi cywilizacjami zasiedlonymi daleko w kosmosie czy podróżach w przyszłość lub przeszłość. Jej podgatunki to:
  • space opera
  • fantasyka socjologiczna
  • steampunk
  • cyberpunk
  • postapokalipsa
Z literatury warto wymienić tu Pięć tygodni w balonie Jules Verne’a z 1863 roku i Podróż do wnętrza Ziemi tego samego autora wydaną rok później. Autor naprawdę świetnie łączy w nich fantastykę z opowieścią przygodową, niejako książki te były także jednymi z prekursorów całego gatunku, innymi powieściami na które warto zwrócić uwagę, a które także przyczyniły się do powstania gatunku są Wehikuł czasu i Wyspa doktora Moreau, Herberta George’a Wellsa wydane odpowiednio w 1895 i 1896 roku. Z polskich pisarzy zajmujących się tematyką bez wątpienia warto wymienić Jerzego Żuławskiego jak i Stanisława Lema (ze szczególnym wskazaniem na tego drugiego). Z (nie całkiem, ale jednak) świeższych tytułów warto popatrzeć przychylnym okiem na książki oparte o uniwersum Mass Effect (bez względu na to co sądzicie o literaturze na kanwie gier, trzeba przyznać iż wybranie Drewa Karpyshyna do napisania tych powieści było strzałem w dziesiątkę) i dla małej odmiany na genialne Pod Kopułą Stephena Kinga (wyglądała mi ona bardziej na powieść science fiction z elementami horroru niż na horror z elementami science fiction).


ŚWIATŁA, KAMERA, AKCJA!
Zdecydowanie równie popularną formą eksponowania gatunku Sci-Fi co literatura, są filmy. Chociaż wielu się z tym nie zgodzi moim zdaniem najważniejsze z nich to 2001: Odyseja Kosmiczna i 2010: Odyseja kosmiczna brawurowo zrealizowane przez Stanleya Kubricka w oparciu o powieść Arthura C. Clarke’a i oczywiście Blade Runner (w Polsce to Łowca Androidów, jeden z moich ulubionych filmów) nakręcony przez Ridleya Scotta na podstawie powieści Philipa K. Dicka, Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? (Jeśli nie oglądałeś zdecydowanie polecam nadrobić tą zaległość, a raczej niedopatrzenie, poza tym przede wszystkim warto zaopatrzyć się w ksiązkę). Należy wspomnieć także o tym iż ten sam reżyser zapoczątkował uwielbiany przez wielu (i mnie) cykl Obcy.

Przy jakimkolwiek tekście o Sci-Fi nie można pominąć Gwiezdnych Wojen zrealizowanych przez George’a Lucasa. Co ciekawe obraz bardziej wpasowuje się w gatunek fantastyki (tej bez science) nie wyjaśniając widzowi jak działają przedstawione na ekranie technologie (napędy, miecze świetlne itd.), pozostawiając swoją przynależność gatunkową temu co utarło się przez lata. Warto także przypomnieć sobie Bliskie spotkania trzeciego stopnia Stevena Spielberga, serię Terminator Jamesa Camerona i jak na razie, trylogię Matrix w reżyserii braci Wachowskich.

Fani oglądania seriali pochodzących z gatunku na pewno znają Star Treka (Gene Roddenberry), Babilon 5 (J. Michael Straczynski), Battlestar Galactica (Pierwsza wersja serialu wyreżyserowana została przez Glen A. Larsona w roku 1978, dwa lata później powstała krytycznie przyjęta przez fanów kontynuacja pierwowzoru, przez co spoczęto po nakręceniu 10 odcinków, wydano adaptacje książkowe, komiksy i gry komputerowe z uniwersum by w roku 2004 powstał pierwszy sezon nowego serialu, który doczekał się czterech serii. W marcu 2009 kanał Sci-Fi Channel wyemitował ostatni odcinek nowej wersji serialu), Gwiezdne Wrota (polecam szczególnie spin off z podtytułem Atlantyda) i Doctor Who (ciekawostka: serial jest rekordzistą Księgi Guinnessa jako najdłuższy na świecie, pobił tu nawet Star Treka liczącego 726 odcinków).


GAME OVER
Dobra, ale jak to całe ględzenie ma się do gier? No trochę się ma. Na pierwszy rzut oka ciężko znaleźć coś, co naprawdę potrafi zachwycić i wgnieść w fotel. Na pierwszy rzut oka. Posiadacze Xboksa 360 (w tym ja) mają przyjemność grać w doskonałe pod wieloma względami, Halo (tak, jestem jedną z niewielu osób w Polsce które kochają tę serię) zaś nabywcy PS3 nie bez powodu cieszą się wodotryskami Killzone’a (nie dość iż to świetny FPS to jeszcze efektowny pokaz możliwości konsoli, szczególnie oglądany w 3D), a pecetowcy chociażby dwie części Knights of The Old Republic (każdy kto twierdzi, że BioWare nigdy nie potrafił robić dobrych gier RPG powinien jak najszybciej polecieć do sklepu i przekonać się jak bardzo jego zdanie jest mylne).

Bardzo eksponowany od jakiegoś czasu jest także wspomniany cyberpunk (koncentruje się głównie na tragicznych skutkach dążenia człowieka do doskonałości za pomocą maszyn i technologii), na co niewątpliwie miał wpływ sukces nowego Deus Exa z podtytułem Human Revolution (w Polsce, Bunt Ludzkości, po prostu trzeba zagrać). Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji go sprawdzić to szczerze polecam to nadrobić, jak dla mnie to wciąż jedna z najlepszych gier 2011 roku i jedna z lepszych gier w ogóle.


W ślady Eidosu poszło chociażby Electronic Arts wypuszczając (swoją drogą całkiem niezłego) Syndicate’a (nie odniósł sukcesu i teraz już pewnie większość o nim zapomniała). W kategorii growego Sci-Fi nie mógłbym pominąc także trylogii Mass Effect od BioWare w którą każdy fan tego typu gier (szczególnie space opery) musi zagrać, co do tego nie ma dyskusji (uwielbiam tę serię i sequel cz tam prequel zamówię od razu jak tylko będzie można). Na głodnych fantastyki naukowej czekają jeszcze choćby Doom, Remember Me, StarCraft (lub jego równie świetna część gruga), Half-Life, Prey, Fallouty… i wiele, wiele innych których za dużo by je tu przytaczać. Słowem dla każdego coś miłego.


A wy co o tym myślicie? Czujecie niedosyt czy przesyt Science Fifction?

sobota, 10 sierpnia 2013

Consoles, go home


Cóż, specjalnie poczekałem aż lament i zawodzenia na temat nowych konsol, aby opublikować ten tekst. Naprawdę, chcąc nie chcąc, żadna z nadchodzących rewolucji mnie nie przekonuje. I mówię tu o wszystkich next-genach razem wziętych. Dlaczego? Ponieważ twórcy bardzo zajadle próbują nam utrudnić coś tak prostego jak siedzenie z padem na kanapie.

Playstation 4 jest lepsze!!!

Najpierw mieliśmy prezentację nowego dzieciątka Sony. Nie powaliła mnie, absolutnie. Po pierwsze, nie podoba mi się nowy pad. Sorry, posiadam PS Vitę i na jej podstawie stwierdzam, iż jeśli chodzi o ekrany dotykowe, Japończycy muszą się jeszcze wiele nauczyć. A sądzę, iż ekranik w jaki będzie wyposażony kontroler będzie i tak o kilka klas gorszy niż ten z handhelda (de facto, taki sobie). Następna brzydka rzecz: przycisk Share. Serio, zdaje sobie sprawę z tego, iż portale społecznościowe mają teraz gigantyczną siłę przebicia, jak i z tego, że nie wykorzystanie tego faktu byłoby ignorancją. Ale czy jest to tak pierwszorzędna sprawa, iż trzeba jej aż poświęcić jeden z przycisków na padzie, który nie raz mogę wcisnąć przez przypadek (przyzwyczajenia robią swoje) i mógłby mieć tryliard innych zastosowań? Poza tym, niezależnie od konsoli, po prostu denerwuje mnie powszechna internetyzacja jaką twórcy chwalą się na każdym kroku.

Nie chcę być członkiem społeczności, nie chcę wrzucać informacji na Fejsa o wszystkim co robię (już wyobrażam sobie posty na tablicy typu: Odnalazłem Jajko Przeznaczenia w grze The Elder Scrolls VI. Ty też możesz je znaleźć, zamów już dziś!, pisane w moim imieniu). OK, pewnie nie będę na siłę zmuszany do korzystania z tych wszystkich wątpliwych dobrodziejstw (chociaż zanim szanowny Microsoft zmienił zdanie na ten temat, sądziłem inaczej), ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tak normalnego jak zagranie w Multiplayer będzie kosztować mnie dużo niepotrzebnej babraniny w Battlelogach czy innych tego typu rewolucyjnych pierdołach.


Dodany obrazek

Design & games

Następna ważna sprawa: gry. Tu już niestety wkurzam się niemiłosiernie (co poradzę, chyba pomału robi się ze mnie jakiś growy hipster). Nosz ja pierdziele, dysponujecie nowymi technologiami, macie o wiele mniej ograniczeń niż przy poprzedniej generacji, a znowu popełniacie te same błędy przez które rynek tworzą i dominują takie tytuły jak Call of Duty (a o samym zjawisku jeszcze zdążę trochę słów napisać)? Macie tyle możliwości, aby wszystkich zaskoczyć, a mimo to nowy Killzone, z podtytułem Shadow Fall, zapowiada się na kolejny sztampowy FPS, który nie potrafi niszczyć niczym więcej, tylko grafiką. Nie wiem jak z innymi, ja sam, powiem wam szczerze: ostatnio tak cholernie zbrzydły mi tego typu tytuły, że naprawdę widząc kolejne zapowiedzi takowych, rzygam po prostu. Zaraz ktoś powie: nie chcesz, nie kupuj. Dobrze, będzie miał rację, ale mam w tym momencie pełne prawo narzekać na to, iż coraz mniej jest na rynku tytułów wychodzących poza schemat brutalnych strzelanek. Może i świat nie kręci się wokół mnie, lecz jestem pewny, osób z podobnymi przekonaniami jest więcej.

No i wygląd. Nie powala. OK, w porównaniu z Xbox One, PS4 wygląda bardziej kosmicznie, lecz też jest duży i pewnie niedługo po premierze wyjdzie mniejsza, ładniejsza i poręczniejsza wersja Slim. Śmieszy mnie natomiast fakt, iż niesieni falą negatywnych emocji co do nowego Xboxa internauci, w przeważającej większości, zachwycili się wyglądem zabaweczki od Sony. Hmmm, dobra, mnie się średnio podoba.


Dodany obrazek

Xbox, go home

OK, to co spotkało Microsoft to naprawdę tragedia dla tej firmy. Ogromna strata na i tak słabym wizerunku, jak i dożywotnie zniechęcenie ludzi do produktów spod jej skrzydeł. Nie będę tutaj tych panów żałował czy głaskał po główce, bo pomijając fakt, iż fala hejtu wylała się błyskawicznie i zaczęła nieść ze sobą katastrofalne skutki, gigant z Redmond zrobił sobie kuku na własne życzenie. Wyobraźcie sobie: skonstruowałem nowoczesny toster. Jest rewolucyjny i robi najlepsze tosty na świecie. Chcę go zaprezentować toteż pokazuje, że potrafi też robić kawę i do tego bardzo smaczną, zmienia kolory w nocy, reaguje na komendy głosowe i tak dalej. Po zaprezentowaniu tych opcji spokojnie wracam do domu. Wiecie gdzie popełniłem błąd? Nie zaprezentowałem ani jednego tosta, dlatego żaden z potencjalnych klientów nie mógł przekonać się czy są one smaczne.

Od kiedy to konsola stała się Centrum domowej rozrywki, dekoderem i Smart TV? Nie powiem, wprowadzenie takich dodatków z głową byłoby ze strony Microsoftu dobrym posunięciem i raczej niewiele osób by wtedy narzekało. Ale niestety cały czas mam nieodparte wrażenie, że Xbox One to po prostu robiony na szybko, okrojony PC, którego obecność na rynku będzie podyktowana tylko chciwością i chęcią giganta do rywalizacji z Sony. Jakie są na to najlepsze dowody? Niezdecydowanie. Panowie z Redmond chyba sami do końca nie wiedzą jak ma wyglądać ich nowa zabawka toteż cały czas albo coś zmieniają albo tłumaczą się z każdej ujawnionej przez siebie informacji. Czy tak wygląda początek sukcesu? Nie sądzę.


Dodany obrazek

Deal with it

Co do gier, tutaj także nie spodziewam się niczego specjalnego. Microsoft jeszcze bardziej niż Sony żeruje na znanych i lubianych markach toteż będzie chciał z nich wypompować jak najwięcej. Szkoda, bo na przykład taka seria Halo jest naprawdę świetna, a obawiam się, iż stanie się kolejną marką na rynku, która co roku będzie częstować nas nową odsłoną. Nienawidzę takich tasiemców. Poza tym, czego by marketingowcy, przedstawiciele prasowi czy inne powołane do tego osoby nie mówiły: Xbox One w małym stopniu koncentruje się na grach i nie opuszcza mnie kolejne wrażenie, mianowicie, że ta konsola będzie do wszystkiego i do niczego.

Wygląd jest jaki jest, nie ma co się oszukiwać. Niby nieco zalatujący naftaliną, styl odtwarzacza VHS może niektórym się podobać, ale powiedzmy sobie szczerze: gabaryty i połyskująca obudowa to porażka. Do tego nowy Xbox nie może pracować bez włączonego Kinecta. Ale spokojnie, nie będzie on nagrywał naszych rozmów, bo będzie można go wyłączyć! Wiem szaleństwo, ale słuchajcie dalej: będzie on reagował wtedy tylko na komendę Xbox włącz się. Hmmm, czyli niby wyłączony, a wciąż włączony. Wcale nie narusza to mojej prywatności.

Dodany obrazek

Go PC

Ale my tu pitu pitu, a na rynku pierwsza konsola nowej generacji już stosunkowo dawno jest i jak dla mnie, Nintendo zrobiło wielką głupotę wydając ją na świat. Z tego co wiem jej sprzedaż nie jest zbyt wysoka (bo jest droższa i niewiele lepsza niż konsole obecnej generacji), a firma zaczyna pomału ledwo wiązać koniec z końcem.

Szkoda, po prostu szkoda. Jeszcze raz zapytam: jak można utrudniać coś tak prostego jak kolekcjonowanie gier i siedzenie z padem na kanapie? Przecież tutaj naprawdę nie trzeba żadnych bajerów. Czy to oznacza, że będę musiał ograniczyć się do PC? Bo nie byłoby to zbyt miłe ponieważ przywiązałem się do mojego PS3 i Xboxa 360. Blokowanie używek, płatny multi, wszystko to kumuluje się i skutecznie coraz bardziej zniechęca mnie do nowych konsol. Nie wiem jak z wami, ale chyba zostanę przy PC.

czwartek, 8 sierpnia 2013

0 friends online


Powiedzcie mi, jakie macie zainteresowania? Na pewno jest ich sporo. A teraz, czy wasi znajomi mają podobne? Tak? Też interesują się grami, filmami, rysowaniem, [tu wstaw miliard swoich zainteresowań] i co ci tam jeszcze do głowy wpadnie? Jeśli na wszystkie pytania odpowiedziałeś twierdząco to gratuluję, masz zarąbistych znajomych. Chciałbym takich.

Wybij się z głupoty: przecież potrafisz

Nie, nie jestem jakimś wampirem żyjącym w jaskini, bez kolegów i koleżanek. Ale z iloma mogę naprawdę porozmawiać o moich zainteresowaniach? Czuje się czasem jak odludek. Całe towarzystwo pali, pije i ćpa na potęgę (i to już w gimnazjum, co później?), a ja jakoś tak odcięty od tego wszystkiego. Nie rajcuje mnie to, a takie zabawy ciągną do siebie chyba z siłą niedojedzonego pięciolatka. Wolę zamiast włóczyć się do wieczora po mieście w sumie bez żadnego celu, usiąść i poczytać dobrą książkę (oczywiście dla niektórych jest to szok i trudno im to przełknąć). Na imprezy nie chodzę. Dlaczego? Bo to dla mnie żadna przyjemność pójść na balangę gdzie wszyscy idą w jednym celu. Tak zgadliście, alkohol (tak wiem, wszystko jest dla ludzi, ale gdy towarzyszy temu umiar).

Może jestem nienormalny, ale tak mam. Gry. Znam dużo ludzi, którzy tak jak ja lubią tą formę rozrywki (chociaż nawet tutaj wszyscy oprócz mnie grają w LoL-a, nie wątpię, iż gra jest dobra, ale mnie w ogóle nie wciągnęła). Nawet czasami znajduję z nimi wspólny język. Rozmowa zwykle kończy się moim zapytaniem „to może pogramy sobie na multi” i odpowiedzią drugiej strony „nie, niestety mam pirata”. Szkoda stary, wiązałem z tobą spore nadzieje.

Wielu z was powie na pewno, że powinienem szukać nowych znajomości, aż w końcu znajdę właściwą. Wiem, że nie ma ludzi idealnych ani takich, którzy kropka w kropkę będą tacy jak ja. To nie jest tak. Czuję się po prostu odcięty od rówieśników. Używki mam zasadniczo gdzieś, hip-hopu puszczanego na okrągło z okolic kieszeni nie lubię, imprez jak już pisałem także, nie przeglądam codziennie Kwejka, nie przesiaduję godzinami na Facebooku (oczywiście, gdy nie jestem na mieście z kumplami), nie dostaję samych szmat w szkole i nie mówię, że w przyszłości zostanę żulem (wiem tragedia, ale to wszystko jest niekiedy moją szkolną rzeczywistością). Nie zamierzam tutaj nikogo umoralniać, ponieważ to prywatna sprawa każdego jak żyje i co robi. Nic mi do tego. Tylko dlaczego trzeba powielać od sibie najgorsze cechy, pozostawiając te dobre w uśpieniu.

Powiedzcie mi zatem: jak tu dziwić się stereotypom?

To po prostu trochę smutne. Smutne, że współczesna młodzież rozprzestrzenia niepotrzebne stereotypy (przez co potem wszyscy są traktowani jednakowo). Czasami grając w jakąś sieciówkę ludzie potrafią być bardziej „ogarnięci” niż moi znajomi. Wsio ryba sieciówki, na tym forum można znaleźć masę fajnych ludzi z którymi da się mile pokonwersować. Kultura, uprzejmość, inteligentne wypowiedzi. Bez tych składowych ciężko poważnie podyskutować w moim przypadku.

Nie będę też owijał niepotrzebnie w bawełnę. Gimnazjum po prostu, najzwyczajniej w świecie mnie zmęczyło. Wiem, iż tam gdzie pójdę dalej może wcale nie być lepiej (wielu powie, że dużo gorzej), a za X lat pewnie będę tęsknił za tymi idiotyzmami, lecz na chwilę obecną mam dość. Dość patrzenia na wulgarnych, chamowatych ludzi bez ambicji. Może tylko takich udają w celu zapewnienia sobie tak zwanego „lansu”? Ale skoro tak, to jak mam traktować kogoś takiego poważnie? Dobrowolnie robić z siebie głupka w oczach innych? Naprawdę nie można inaczej?

Narzekam, narzekam i narzekać będę, bo nie mogę znieść tego, że niedane mi jest obcować na codzień z ludźmi, którzy nie wstydzą się swojej inteligencji (bo bez wątpienia niektórzy ją posiadają). A jak to zrzędzenie odnosi się do gier? Nikt z ludzi, których znam (forum się nie liczy ^^) nie interesuje się grami w takim stopniu jak ja. W ogóle to nie wiem czy niektórzy w ogóle się czymś interesują, a ci będący niegdyś znani przeze mnie ze swojej błyskotliwości i tego, że naprawdę dobrze mi się z nimi mówiło, zgłupieli w momencie przyjścia do gimnazjum.

Współczesna moda: idiota bez ambicji

Najprościej mówiąc, chyba modne jest teraz uwstecznić się. Ile może przetrwać takie proszenie się o nieszczęścia? Wiem, iż takim wpisem nie przemówię nikomu do rozsądku, ale jeśli chociaż 0,00001 ludzi, zerknąwszy na moje słowa zmądrzeje i się nawróci, to było warto.

Ale co będę się oszukiwał. Dużo osób uzna moje ględzenie za głupoty i zapomni o tym nazajutrz. Inni powiedzą, że po prostu mam problem i zamiast się użalać nad sobą i innymi powinienem wyjść na miasto i zapalić sobie papierosa z kolegami. Generalnie to byłoby najprostsze rozwiązanie. Tylko, że nie zawsze „najprostsze”, znaczy „najlepsze”. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, ale chyba nie do końca o to tutaj chodzi. Po krótce: żałuję, że mało znam osób, z jakimi mogę porozmawiać o zainteresowaniach. Nie myślcie też, iż nie próbowałem o nich rozmawiać także z tymi, którzy wolą do końca życia grać głupków przed samymi sobą.

Mówią, że nikt nie jest wyjątkiem, więc pewnie nie jestem jedyną osobą, która tak ma. Może ma tak też ktoś z was? Nie bierzcie mnie też za kogoś bez znajomych, co tylko by czytał i siedział przed kompem, bo tak nie jest. Po prostu uważam, że przeczytanie dobrej historii stoi dużo wyżej niż zapicie się do nieprzytomności na imprezie czy ćpanie z kumplami.

Chciało by się rzec „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”.


Miłość, skandal, wiara, gry wideo


Wiara, indywidualna i często dosyć drażliwa kwestia dla każdego człowieka. Dużo nie trzeba, aby zahaczając o tą tematykę, przy okazji wywołać aferę. I pomimo tego, że twórcy wyraźnie lubią silić się na kontrowersje, gry, o wiarę zahaczają raczej rzadko.

Where is your god now?

Nic tak nie denerwuje ludzi jak pakowanie się w ich prywatne życie i poglądy. Nawet gdy twórcy rzeczywiście próbują poruszyć ten, jakby nie patrzeć, temat tabu, często mają przez to problemy lub sprawa wywołuje spory pomiędzy developerami a licznymi przywódcami religijnymi. Tyle tylko, że jeśli naprawdę chcemy, my gracze, jak i autorzy tytułów wszelakich, udowodnić wszystkim wkoło, iż ta dziedzina rozrywki prezentuje sobą coś więcej, nie możemy wiecznie żyć w strachu przed wywołaniem, często niezamierzonych, kontrowersji. Mimo że to bezpieczniejsze wyjście. Sięgając lekko w przeszłość można znaleźć wiele przykładów takich właśnie skandali z grami wideo w roli głównej.

Przypomnę choćby fakt tymczasowego usunięcia mapy Favela z gry Call of Duty: Modern Warfare 2 przez samych twórców. Powód? Dwa obrazy, znajdujące się w toalecie, których ramy przyozdobiono cytatami Mahometa. Chociaż mogę się założyć, że był to po prostu przypadek spowodowany tym, iż Infinity Ward najprawdopodobniej używało tych samych elementów graficznych w różnych lokacjach, nie zważając na genezę takiego stanu rzeczy, uczucia religijne Muzułmanów zostały obrażone.


Dodany obrazek

Inny przykład: wydana wyłącznie na rynek indyjski gierka Hanuman: Boy Warrior (co ciekawe był to pierwszy taki tytuł wyprodukowany na PS2). Według Raijana Zeda – przedstawiciela zjednoczonych organizacji Hinduizmu, twórcy, wykorzystując symbole religijne, przedstawiając bogów w nietypowy sposób i przede wszystkim wykorzystując postać Lorda Hanumana, zachowali się karygodnie. Co gorsza, na samej krytyce studia Aurona Technologies nie poprzestano i skończyło się na groźbach kierowanych prosto w Sony. Jednakże, przez wzgląd na fakt, iż w sumie Zed żadnych konkretnych argumentów (i popartych czymś więcej niż domysłami) przemawiających za wycofaniem gry z rynku nie miał, afera ucichła równie szybko, co została wszczęta.

Co ciekawe, nie były to pierwsze problemy japońskiego giganta z urażaniem uczuć religijnych w tle. Pamiętacie taki tytuł jak Little Big Planet wydany wyłącznie na PS3? A czy wiedzieliście, że jednym z powodów, przez który gra była opóźniana stała się piosenka Tapha Niang w której, historia lubi się powtarzać, wykorzystano cytaty ze świętej księgi Islamu – Koranu? Wszystko skończyło się dobrze, bo Sony poważnie potraktowało spór, wydało oficjalne oświadczenie i usunęło utwór z gry.

Trzecia i ostatnia wpadka Japończyków o jakiej pragnę napomknąć wydarzyła się niedługo po premierze Resistance: Fall of Men. Jeden z graczy zauważył, że w owej grze umieszczono szczegółowy model katedry znajdującej się w Manchesterze, co nie umknęło uwadze kościoła anglikańskiego i, nie zgadniecie, wywołało poruszenie. Niestety, im dalej w las, tym bardziej zaczynam sądzić, iż gaming, dobrze znany przez nas wszystkich, wciąż na świecie traktowany jest jako głupawa rozrywka, która potrafi jedynie lasować mózgi i być przyczyną tragedii.

Dodany obrazek

Everything is bad for you

Całe środowisko graczy wciąż jest traktowane z pogardą, przez co rzeczy, jakie ujdą przykładowo w filmie, w grze muszą być już przyczyną skandalu. Nie dziwota więc, iż coraz częściej, tytuły rzeczywiście haczące o ciekawą tematykę są wypuszczane przez twórców niezależnych lub małe studia, które nie mają wiele do stracenia w przypadku wywołania kontrowersji. Duzi wydawcy najzwyczajniej w świecie boją się ruszać spraw, które mogą przysporzyć im kłopotów.

Z pewnego punktu widzenia, można to zrozumieć. Z drugiej strony, tytuły AAA lubią czasem wywołać większy skandal (przecież zapewnia to darmowy rozgłos), dlaczego więc muszą robić to tak nieudolnie (masakra cywilów na lotnisku – bardzo twórcze) mając wiele innych sposobów wywołania ogólnego poruszenia na wyciągnięcie ręki? Jeśli dalej tak będzie, branża gier nigdy nie przestanie być uniżana i szykanowana przez ludzi, jacy nie mają o niej najmniejszego pojęcia, a swoją wiedzę opierają na tym, co słyszą w mediach i telewizji (ewentualnie na tym, co przeczytali w Internecie).

Sam Benedykt XVI, poprzedni papież, nie raz i nie dwa, publicznie potępiał wirtualną rozgrywkę między innymi za gloryfikację przemocy, ukazywanie ludzkiej seksualności w nieodpowiedni sposób, zahaczanie o poważniejszą tematykę czy niszczenie umysłów młodzieży na całym świecie. Nic to przecież, że dostał na piętnaste urodziny od ojca pistolet, ważne, iż grał w Battlefielda. Ciekawym przykładem tytułu, jaki jawnie i bez żadnych skrytości ocierał się o religię, nie wywołując przy tym afery, jest Dante’s Inferno od Visceral Games.

Pojawiają się tam motywy chrześcijańskie i chyba jedyny powód, poprzez który nie zapisała się na dłużej w pamięci przedstawicieli religijnych jest fakt, iż sam tytuł był raczej średniej jakości (rozgłosu nie miał praktycznie żadnego) i bardziej próbował żerować na słynnej Boskiej Komedii Dantego (nie mając z nią przy okazji wiele wspólnego), aniżeli poruszyć nurtujące ludzkość od wieków kwestie. Każdy religijny akcent w ogrywanych przez nas na co dzień tytułach przez każdego może być interpretowany w różny sposób: jedni uznają to za żart, inni za przypadek i zawsze znajdą się też tacy, którzy poczują się urażeni.

Dodany obrazek

Get lucky

Pewnie jest to jeden z najważniejszych powodów dla jakiego wydawcy, zamiast ryzykować problemy produkcji na którą przeznaczyli miliony dolarów i nad którą pracownicy trudzą się od miesięcy, wolą pójść na łatwiznę i wspomnianych akcentów unikać. Przypominając sobie powyższe przykłady skandali, z udziałem wszystkich osób maczających w danej grze swoje palce, nie spodziewam się w najbliższej przyszłości zalewu tytułów poruszających wspomnianą tematykę. Chociaż można już ujrzeć pierwsze jaskółki idące w stronę poruszania tematów tabu w grach, siedzą one tak wysoko na drzewach, iż ciężko je na razie dostrzec bez lornetki. Wiara jest tym, co każdy człowiek interpretuje we własny, indywidualny sposób.

Można się o niej wypowiadać na różne sposoby i wykorzystywać ją w wielu dziedzinach – byleby szanować siebie i innych, bez względu na to, co my, czy inna osoba, wyznajemy. Słowem zakończenia: mam jednak nadzieję, iż tak ciekawe zagadnienie, nie schodzące ludziom z ust od setek tysięcy lat, znajdzie kiedyś drogę do znanego nam wszystkim medium, czyli gier wideo.

środa, 7 sierpnia 2013

Bo padlina smakuje najlepiej


Lubicie to prawda? Zapach zgniłego, ludzkiego mięcha o poranku to coś co pozytywnie nastraja na cały dzień. Tu bryzgnie krew, tam odpadnie kończyna, a my usłyszymy tylko coś w rodzaju „grrrrrroakkk”. Całkowicie zmasakrowane zwłoki spokojnie sobie stygną, a my kontynuujemy masakrę. „Kosi, kosi łapki” podśpiewujemy sobie pod nosem. No co? Przecież to jest zombie on i tak już nie żyje. Albo ja albo on, prosta kalkulacja. Wiecie dlaczego tytułów z żywymi trupami wciąż przybywa? Bo rzucamy się na nie jak na mózg. Wiem, banał.

Pewnie wszyscy obeznani w temacie wiedzą skąd tak naprawdę wywodzi się sam termin „zombie”. Nie, nie oznacza on wcale umarlaka który chce was pożreć tylko osobę zniewoloną umysłowo, nieświadomie wykonującą czyjeś polecenia. Czyli bez zbędnych dedukcji, na przykład przyćpany ziomek co mu kumple powiedzieli, że jak wypije do dna Domestos to zacznie latać jak wrona. Przyglądając się nieco dokładniej wierzeniom Voodoo (występującym głównie na Haiti) możemy się dowiedzieć iż najważniejsi i najsilniejsi kapłani, po śmierci jakiegokolwiek człowieka mogą sprawić iż powstanie on z grobu. Taka bezmyślna kukła miałaby rzekomo być wykorzystywana do prac w roli czy na polu, szczególnie zważając na fakt, że ani nie umrze z głodu ani się nie zmęczy, czyli chcąc nie chcąc, pracownik idealny.


Istnieje tam także przeświadczenie jakoby umarlak który zje bardzo słoną potrawę szybko orientuje się, że jakiś szalony kapłan wmówił mu iż wciąż żyje i wraca spokojnie do trumienki. Nie są to wcale jakieś puste żarty opowiadane turystom aby zarobić. Nieraz co bardziej wierzące w powstawanie z martwych, rodziny każą porąbać ciało zmarłego na kawałki aby ten po śmierci nie był zdolny zmartwychwstać. Nie chcę tu też wysuwać teorii spiskowych, ale najczęściej tamtejsi ludzie uznawani przez wszystkich za truposzy to zwykli niewolnicy nafaszerowani środkami odurzającymi i przez to niezdolnymi do racjonalnego myślenia. Jako zombie na Haiti określa się także duchy wstępujące w kapłanów by przejąć nad nimi kontrolę, które dla bezpieczeństwa, zawczasu zamyka się w specjalnych urnach. Skoro tak mniej więcej wygląda sprawa truposzy to komu zawdzięczamy kojarzenie terminu „zombie” z chcącymi nas pożreć umarlakami? Oczywiście, George’owi Romero i jego pamiętnej „Nocy żywych trupów”. Od tamtego filmu schemat na stałe zapisał się w naszej kulturze, a temat zainteresował chyba wszystkie możliwe środowiska rozrywkowe. W tym także, co pewne, producentów gier.


Wróćmy więc może do myśli przewodniej: dlaczego tak bardzo lubimy urządzać sobie rzeź gnijących ciał? Każdy z nas, graczy ma w sobie takie małe gówienko które ja nazwę sobie „umoralniacz”. Owe coś siedzi sobie w nas i spokojnie przygląda się temu co wyczyniamy w wirtualnych światach. Bacznie przygląda się temu w jaką grę gramy i przede wszystkim czy jest liniowa. Jeśli mamy do wyboru dwie ścieżki, a mianowicie dobro i zło, umoralniacz stara się robić tak, abyśmy w miarę jak najczęściej podejmowali dobre decyzje. U niektórych jest on tak słaby, że nawet go nie odczuwają. Ciężko wam czasem być w grach złym do szpiku kości? Zawdzięczacie to właśnie waszemu strażniczkowi moralnemu. Głupie prawda? I w dodatku nie na temat. Pozornie.

W końcu każda istota jaką zabijamy grając, w pewnym sensie nie powinna ginąć skoro jesteśmy tymi dobrymi, a takich istot ginie z naszych rąk miliardy i chociaż tego nie odczuwamy, umoralniacz nie jest z tego zadowolony. A jak to się ma do zombie? Nie zabijamy ich bo i tak są martwe, nie robimy tego dla zabawy (to znaczy tak to sobie tłumaczymy…) tylko aby przetrwać, nie masakrujemy ich zwłok bo i tak już są zmasakrowane. Łapiecie? Gdy bierzemy do rąk piłę, na plecy zakładamy katanę, a w kieszeni mamy nóż i gra każe nam użyć tych narzędzi do zmasakrowania żywego człowieka to bez wątpienia jest to straszna gra. Lecz jeśli tych samych przyrządów użyjemy do eksterminacji umarlaków to już normalka bo oni i tak nie żyją. Albo my albo oni, prosta kalkulacja.


Oczywiście na tytuły z zombie w roli głównej nie rzucamy się z powodu jakiegoś tam umoralniacza. Prawda jest taka iż eksterminacja żywych trupów na wszelakie sposoby (a jeśli do dyspozycji mamy jeszcze kooperację…) sprawia nielichą satysfakcję. Mogą nas brać za psycholi, ale to czysta prawda. Nic nie da nam takiej radości jak celnie rzucony granat lądujący po środeczku hordy truposzy. Chwila czekania i bum! Humor od razu nam się poprawia, a stres jakby ulatuje. Dead Rising, Resident Evil, Left 4 Dead, Dead Island i wiele, wiele innych tytułów to przecież przyjemność sama w sobie. Nie wiem, szczerze mówiąc, jak wytłumaczyć to zjawisko, ale po prostu tak jest i nie da się temu zaprzeczyć. Nieważne czy walczymy wręcz czy strzelamy. Sprawia nam to frajdę. A może to coś innego? Może lubimy czuć na własnej skórze rosnące z każdą chwilą zagrożenie. Czuć się wyobcowani, zdani tylko na siebie. Nikt nam nie przeszkodzi i nikt nie będzie lepszy od nas. Przecież każdy potrafi ukatrupić paru zombiaków, co z tego, że więcej ode mnie. Też bym tak umiał nawet bez zbytniego wysiłku.

Nie wiem, ale fakt faktem fascynacja tematem żywych trupów to, jak już napisałem, nie tylko domena gier komputerowych, występują one w wielu filmach, serialach, książkach, komiksach itd. Przez takie ciągłe powtarzanie utartego schematu gdyby ktoś kazał nam napisać krótką opowiastkę o umarlakach nie napisalibyśmy, że uciekliśmy, nie napisalibyśmy jak bardzo nas przestraszyło spotkanie z taką istotą. Tylko coś typu „wyciągnąłem shotguna z szafy, szybko załadowałem amunicję i poodstrzeliwałem przeciwnikom wszystko co tylko można było odstrzelić”. Tak jesteśmy przyzwyczajeni i najwyraźniej najmądrzejszą rzeczą jaką moglibyśmy zrobić walcząc z hordą to zacząć atakować. Nic nie poradzimy, tak się przyjęło i tak pewnie zostanie, a my możemy tylko patrzeć jak nadchodzą kolejne po kolejnych gry, książki, filmy i DLC z umarlakami w rolach głównych. Czy to dobrze czy źle pozostawiam wam do oceny, ale bez wątpienia masakrowanie zombiaków to coś co gracze lubią najbardziej.